Strona Stowarzyszenia Papaboys w Polsce

Wejście skategoryzowane jako ‘ARTYKUŁY’

Nie istnieje miłość, która wolna byłaby od kryzysów.

28 październik 2009 · Dodaj komentarz

W każdym związku przychodzą myśli o rozstaniu, zwłaszcza jeśli często dochodzi do kłótni. To zupełnie normalne. Jednak jeśli myśli te nie ustępują, wtedy nad związkiem zaczyna ciążyć miecz Damoklesa. Ostateczne rozstanie jest często konieczne wtedy, gdy nie pomagają „małe rozstania" w dniu powszednim. To znaczy, kiedy nie potrafimy rozdzielić się w drobiazgach - wyznaczyć granic, zawierać kompromisów, nazwać rzeczy niedopowiedzianych, znajdować rozwiązań, które zadowolą obie strony. Tam, gdzie te wszystkie próby naprawienia związku nie pomogą, może pomóc w końcu tylko jedno - rzeczywiste rozstanie.

Czy twój partner uważa, że musi najpierw cię wychować i narzuca ci zasady postępowania?

 

Nie istnieje miłość, która wolna byłaby od kryzysów. Nie jest to jednak złe, bo oznacza, że życie we dwoje jest czymś dynamicznym, co ma zarówno swoje okresy zastoju, jak i wzrostu. Daje szansę rozwijania swojej tożsamości, bo możemy niejako przejrzeć się w drugim człowieku.

W każdym związku przychodzą myśli o rozstaniu, zwłaszcza jeśli często dochodzi do kłótni. To zupełnie normalne. Jednak jeśli myśli te nie ustępują, wtedy nad związkiem zaczyna ciążyć miecz Damoklesa. Ostateczne rozstanie jest często konieczne wtedy, gdy nie pomagają „małe rozstania” w dniu powszednim. To znaczy, kiedy nie potrafimy rozdzielić się w drobiazgach – wyznaczyć granic, zawierać kompromisów, nazwać rzeczy niedopowiedzianych, znajdować rozwiązań, które zadowolą obie strony. Tam, gdzie te wszystkie próby naprawienia związku nie pomogą, może pomóc w końcu tylko jedno – rzeczywiste rozstanie.
Na poważny kryzys związku wskazują trzy objawy. Mogą być one początkiem szeregu innych konfliktów:

  1. Żadne z partnerów nie czuje się już jednakowo ważne.
  2. Zakłócenie proporcji między dawaniem a braniem. Poczucie, że więcej dają, niż biorą, mają głównie kobiety.
  3. Wyraźna dysharmonia w proporcjach pomiędzy dystansem i bliskością dawaniem wsparcia a umiejętnością pozostawiania.

Te kryteria pomogą ci ocenić stan twojego związku. Nie jest on najlepszy, jeśli:

  • Twój partner decydując o czymś, nie uwzględnia twojego punktu widzenia albo sam podejmuje decyzje ważne dla waszej wspólnej przyszłości;
  • Twój partner nie dotrzymuje dużych ani małych obietnic – nie angażuje się zbytnio w wasz związek;
  • Twój partner cię zdradza, obgaduje przed innymi, nie stawia waszego związku na pierwszym miejscu, nigdy nie ma czasu na wasze wspólne sprawy, nie uczestniczy w nich, jest nielojalny;
  • Twój partner cię ogranicza, ciągle beszta, narzuca ci swą wolę, wybucha, jeśli nie robisz tego, co on chce, nie daje waszemu związkowi żadnej pewnej podstawy;
  • Twój partner uważa, że musi najpierw cię wychować i narzuca ci zasady postępowania, na domiar stale cię upokarza;
  • Twój partner nie chce być dorosły, zbyt często sięga po alkohol, nie potrafi się kontrolować, błahe powody wystarczają, by demolował mieszkanie, a ty nie potrafisz go już szanować;
  • Twój partner nie jest w stanie zawrzeć kompromisu dla dobra waszej wspólnoty albo nie potrafi zaakceptować nowych, niekorzystnych okoliczności, które zmieniają wasze życiowe plany ani uczestniczyć w ważnych wspólnych życiowych zamierzeniach.
  • Nie istnieje nic – poza dziećmi – co was jako parę wspólnie interesuje, ani nie macie sobie nic do powiedzenia; brakuje bazy dla wspólnej wymiany myśli;
  • Nie umiecie się razem śmiać, z waszego związku znikł humor;
  • Nie znosicie się fizycznie, nie lubicie swojego zapachu, nie przytulacie się już.

Jeśli odpowiedzi na te pytania ujawniają dysproporcję pomiędzy „powinien” i „ma”, musisz zdecydować, jak dalece możesz się dopasować, co możesz zmienić, żeby poprawić wasze wzajemne stosunki. Zastanów się, jakie niedostatki, które wyzwalają w was złe emocje, wynikają z charakteru was obojga i stanowią wasze „niezniszczalne” wyposażenie. Na jakie ustępstwa możesz się zgodzić, jakie ofiary jesteś w stanie ponosić. Odpowiadając na powyższe pytania, powinnaś również samą siebie poddać uczciwej, szczerej analizie bez upiększeń.

Im więcej problemów dotyka twój związek, tym poważniej powinnaś rozważyć możliwość zerwania. Decydujące jest przy tym, czy jako partnerzy jesteście gotowi dać sobie jeszcze jedną szansę i wspólnie szukać sensownych rozwiązań. Niektórzy zwracają się w takich sytuacjach po pomoc profesjonalną. Jednak efekty terapii par są według najnowszych danych raczej skromne. O poprawie w związku mówi mniej niż połowa par szukających pomocy u terapeuty, a nawet i u nich po pewnym czasie odżywają dawne problemy, ponieważ jednemu z partnerów nie udaje się zmienić swego postępowania. A jeśli raz pojawiły się myśli o rozstaniu, zazwyczaj już nie ucichną.

http://www.deon.pl

Kategorie: ARTYKUŁY · MŁODZIEŻ · RODZINA
Otagowane: , , , , , ,

Diabły Ojca Pio

24 sierpień 2009 · Dodaj komentarz

 Przyszli jak zwykle nocą. W małym pokoiku w domu przy via Santa Maria degli Anieli panował mrok i na wyciągnięcie ręki nie było nic widać, ale oni poruszali się tak, jakby byli u siebie. Zbliżyli się do łóżka, w którym spał o. Pio. Tłum postaci, ciemniejszy niż otaczająca ciemność, stłoczył się nad jego głową. Zaczęli coś szeptać mu na ucho, obiecywać, przekonywać, perswadować. Po chwili zakonnik zerwał się z posłania. Nie był zaskoczony ani przerażony. Znali się przecież od lat…

Powitał swych nocnych gości jak zawsze wylewnie, czyli złajał ich głośno, a trzeba przyznać, że nie przebierał w słowach. Oni natomiast, widząc, że ich subtelna taktyka zawiodła, wrócili do starych i sprawdzonych metod. Część z nich rzuciła się na Świętego, obaliła go na ziemię i zaczęła się nad nim pastwić, w tym czasie pozostali demolowali celę. W powietrzu latały książki, poduszki i krzesła. Nieznajomi wyli z radości, złorzeczyli, kpili i naśmiewali się ze swej ofiary. Nad ranem kiedy wszystkie odgłosy ucichły do pokoiku weszła Giuseppa, matka zakonnika. Przychodziła zawsze o tej samej porze, sprawdzić czy syn jeszcze żyje. Ojciec Pio leżał na ziemi, pobity i zakrwawiony, wśród nieopisanego bałaganu. Pomogła mu położyć się do łóżka. Płakała a on próbował ją pocieszyć. Prosił, żeby się nie martwiła, chciał ją przekonać, że być może już więcej się nie pojawią. Zapewne sam bardzo chciał w to wierzyć, przypuszczał jednak, że przyjdą następnej nocy. I nie pomylił się…

Nicpoń i spółka

Mówił o nich „złoczyńcy”, „dzikie bestie”, „szkaradne gęby”, o ich szefie wyrażał się równie fantazyjnie, nazywał go „nicponiem” „brodaczem”, „bydlakiem”. Tam skąd pochodzili nikt nie śmiałby nazywać ich w ten sposób. Byli przecież synami piekieł, demonami, a ich przywódca nie był jakimś tam nicponiem, ale szatanem, Lucyferem, tym, który przeciwstawił się Bogu i doprowadził do upadku człowieka. Patrząc jednak na sposoby ich działania, to zamiłowanie do tytułomanii wydaje się co najmniej przesadzone. Być może rację miał C. S. Lewis pisząc w „Listach starego diabła do młodego”, że w piekle zapanował kryzys kadrowy. Dawni wyrafinowani kusiciele, mistrzowie intryg, stali się zwykłymi rzezimieszkami, bandziorami. Obecnie nic im nie wychodzi tak dobrze, jak solidne mordobicie, więc biją…

Odkąd o. Pio przyjechał do Pietrelciny, a było to niecałe dwa lata wcześniej, dokładnie w 1909 r., przychodzili niemal codziennie. Maria Pennisi, jedna z mieszkanek Pietrelciny, opowiadała: „Widzieliśmy, że każdej nocy walczył z szatanem. Niekiedy dobiegający z jego pokoju łomot był tak głośny, że słychać go było na sporą odległość. Ileż razy w samym środku nocy jego sąsiedzi wychodzili z domów, przerażeni tym, co dobiegało do ich uszu“. Ojciec Pio szczegółowo opisywał owe nocne zajścia w listach do swego kierownika duchownego, o. Agostino. Demony zrzucały go z łóżka, ciągały za włosy po pokoju, zrywały koszulę i biły po gołym ciele. Bicie miało osłabić wolę i wiarę Świętego a pokusy – dopełnić reszty. Diabeł pojawiał się już to jako młoda, tańcząca nago dziewczyna, już to jako jego kierownik duchowy, potrafił przybrać postać prowincjała, papieża Piusa X, Anioła Stróża, św. Franciszka, a nawet Najświętszej Marii Panny. Kiedy o. Pio miał wątpliwości, czy gość jest tym, za kogo się podaje, nakazywał mu powtórzyć słowa: „Pan Jezus jest moim Panem”. Wówczas demon rejterował. Znikał, aby pojawić się w innej postaci.

Być może diabły nie grzeszyły inteligencją, ale trzeba im przyznać, że ich wywiad działał bez zarzutu. Bardzo szybko zorientowały się, że o. Pio jest kimś wyjątkowym. Już jako kilkuletni chłopiec rozmawiał z Panem Jezusem, Aniołami. Te spotkania nie uszły uwadze piekła i jego wysłannicy zaczęli sprawdzać, z kim mają do czynienia. Ojciec Pio zwierzył się kiedyś, że będąc małym dzieckiem panicznie bał się ciemności. „Jak tylko moja matka gasiła światło – opowiadał – nawiedzały mnie potwory, a ja płakałem. Gdy zapalała światło, uspokajałem się, bo one znikały. Kiedy je gasiła ponownie, wracały do mnie i ja znowu płakałem“. Kilka lat później miały miejsce kolejne niezwykłe wydarzenia. Przykładowo, kiedy wracał ze szkoły do domu, jakiś mężczyzna, ubrany jak ksiądz, zagradzał mu drogę i nie chciał przepuścić. Wówczas pojawiał się bosy chłopiec, czynił znak krzyża i dziwna postać znikała.

Mniej więcej w tym samym czasie Francesco (takie imię nosił przed wstąpieniem do zakonu) miał wizję, która, wyjaśnia wszystko, co miało go spotkać w przyszłości. Ukazała mu się bardzo dostojna postać i rzekła: „Chodź za mną, bo musisz walczyć jak mężny wojownik“. Zaprowadziła go na rozległe pole. Tam po jednej stronie stali ludzie bardzo piękni, ubrani całkowicie na biało, a pod drugiej – szkaradne potwory w czerni. W pewnym momencie dowódca czarnych zastępów zaczął zbliżać się do niego, był to ogromny mężczyzna, sięgający głową chmur. Jaśniejąca postać zachęciła Francesca do walki z tym potworem, ale chłopiec chciał jej uniknąć. Usłyszał jednak: „Musisz walczyć! Odwagi! Pozostanę blisko ciebie i nie pozwolę, byś został pokonany“. Walka toczyła się ze zmiennym szczęściem, ale z pomocą jaśniejącej postaci, która cały czas była u jego boku, odniósł zwycięstwo. Dostojna postać położyła na głowie Francesca koronę, podniosła go i powiedziała: „Inna, piękniejsza zostanie dla ciebie zachowana, jeśli będziesz walczył z tym bytem z ciemności… Będę blisko ciebie i pomogę ci, aby za każdym razem udało ci się go pokonać“. Podobne doświadczenia miewali Ojcowie Pustyni, oni także często widzieli zastępy Aniołów stojące naprzeciw armii demonów, wiedzieli również, że jeśli odpowiedzą na Boże wezwanie, będą musieli niejeden raz stoczyć walkę, nie tylko o swoje zbawienie, ale także o życie innych.

Diabelskie ataki nasiliły się z chwilą, gdy Francesco zdecydował się wstąpić do zakonu. W 1906 r., w czasie studiów w klasztorze Sant’-Elia a Pianisi, miało miejsce takie oto zdarzenie. Pewnej nocy, po jutrzni, o. Pio nie mógł zasnąć. Słysząc hałas z sąsiedniej celi, pomyślał: „Chyba brat Anastasio również cierpi na bezsenność“. Wpadł na pomysł, aby zaprosić go na pogawędkę. Podszedł do okna i chciał zawołać przyjaciela, lecz głos zamarł mu w gardle: „Zobaczyłem jak ogromny pies wszedł przez okno – opowiadał po latach – a z jego pyska unosił się dym. Upadłem na łóżko i usłyszałem głos z wydobywający się głębi psa: »To on, to ten«. Podczas gdy ciągle leżałem, zwierzę skoczyło na parapet, stamtąd na dach i znikło“. Zapewne nikt nie poznałby tej historii, ale następnego dnia o. Pio, ze znaną sobie prostodusznością, zaczął wypytywać braci, czy nie wiedzą, kto w okolicy ma dużego psa. Dodajmy: psa, który mówi. Dla o. Pio nie było w tym nic nadzwyczajnego. Jego kierownik duchowy, o. Agostino, zapytał go kiedyś, dlaczego nikomu się zwierzył, że rozmawia Aniołami, Panem Jezusem, Maryją. Odpowiedział wówczas, że zawsze uważał to za coś normalnego – był przekonany, że każdy ma takie doświadczenia.

Równie tajemnicze co wizyty demonów, wydawało się pochodzenie dolegliwości, które prześladowały o. Pio od dzieciństwa. Było to często powracające zapalenie płuc, wysoka gorączka, zupełny brak łaknienia. Zdarzało się nawet, że lekarze nie mogli zmierzyć mu temperatury, gdyż termometr pękał, gdy tylko słupek rtęci osiągał poziom 45 stopni Celsjusza. Te dziwne przypadłości będą go nękać do końca życia, a medycyna nieodmiennie będzie wobec nich bezradna. Mówiono, że to taktyka demonów: skoro nie mogły zniewolić jego duszy, starały się zniszczyć jego ciało. Jakkolwiek by było, słabe zdrowie nie pozwalało mu w pełni poświęcić się zakonnemu życiu. Między innymi z tego powodu został wysłany w 1909 r. do rodzinnego domu w Pietrelcinie. Wiejski klimat miał pomóc wzmocnić osłabiony organizm. Wydawało się, że spędzi tam najwyżej kilka miesięcy. Rozłąka z zakonem trwała aż sześć lat. Być może to przypadek, ale w Pietrelcinie, gdzie był odcięty od wsparcia braci, miały miejsce najbardziej spektakularne ataki diabła.

Pożeracz kartofli

Najwidoczniej o. Pio nie cieszył się „dobrą” opinią w piekle. Diabły, jakoś tak się dziwnie składa, nie tracą energii na kuszenie grzeszników. Być może nie chcą pomagać tym, którzy się „dobrze” sprawują i wiedzą jak do nich trafić. Święci, jak chociażby Antoni Pustelnik, Marcin De Porres, Jan Vianney znali się z diabłem aż nadto dobrze. Proboszcz z Ars mawiał nawet, że tylko ukochani przez Boga mają ten wątpliwy, przywilej. On wiedział, co mówi. Pewnej nocy, gdy udał się na spoczynek, poczuł na ciele lodowaty dotyk. Po chwili usłyszał: „Vianney! Vianney!… Ty pożeraczu kartofli! Ach tak, ty wciąż jeszcze żyjesz!… Ja cię jeszcze dopadnę!”. Od tej pory każdej nocy był atakowany przez diabelskie zastępy. Tuż po zapadnięciu zmroku zakradały się do jego pokoju. Proboszcz słyszał jak próbują sforsować drzwi i dostać się przez okna. Gdy im się to udawało, zaczynały swe harce. Przesuwały szafy, krzesła, cały dom trząsł się w posadach. Parafianie czuwali uzbrojeni w pokoju obok, ale to wsparcie nie robiło na demonach żadnego wrażenia.

Diabelskie ataki były tak dotkliwe, że chwilami Vianney im nieomal ulegał. Był przekonany, że bliskość diabła jest znakiem, że Bóg go opuścił, że on sam minął się z powołaniem. Ta myśl była tak nieznośna, że nawet próbował uciekać z parafii. Wybiegał na drogę i szedł przed siebie. Raz uciekł do brata, który mieszkał w innej miejscowości, innym razem chciał się zaszyć w klasztorze kapucynów w Lyonie. Zawsze jednak, upraszany przez swych parafian, wracał.

Opowieści o świętych i diabłach mogą nam się wydawać nieprawdopodobne, może czasami nawet śmieszne, ale tak naprawdę zawarty w nich jest pewien ważny przekaz. Klaus Berger w książce „Po co jest diabeł?” mówi wprost, że ten, kto się otwiera na Boga, spotyka także diabła. Życie duchowe nie jest oazą spokoju, duchową drzemką czy też formą relaksu, ale terenem walki, walki na śmierć i życie. Zawierzenie Bogu nie odsuwa zła na bezpieczny dystans, bywa wręcz odwrotnie: ludzie, którzy wstępują na ścieżkę wiary, muszą się zmierzyć z diabłem, z samym sobą, czy z demonami przeszłości.

“Towarzysz” Anioł Stróż

Ojciec Pio nigdy nie pozostawał zupełnie sam w konfrontacji ze Złym. Często z pomocą przychodził mu Jezus, przeganiał diabelską sforę i troskliwie układał poturbowanego zakonnika w łóżku. Jednak najwierniejszym przyjacielem, nie tylko w tych trudnych chwilach, ale w całym życiu Świętego, był Anioł Stróż. Ojciec Eusebio, który opiekował się Stygmatykiem w latach 1961-1965 tak pisał: „[Anioł Stróż] rozpoczął swoją pracę wcześnie, kiedy Ojciec Pio był jeszcze chłopcem. Przyjął wygląd innego dziecka i stał się dla niego widzialny. Później (…) o. Pio nazwie swojego Anioła Stróża «towarzyszem mego dzieciństwa». To określenie ujawnia zażyłą przyjaźń między braciszkiem a jego ukochanym Aniołem. Towarzysz nie jest osobą, którą widzisz sporadycznie, lecz osobą, którą widzisz często i z którą jesteś w przyjaźni“. Nie zawsze było tak słodko jak pisał o. Eusebio, zdarzały się między nimi także niesnaski. Anioł Stróż niekiedy był krnąbrny i nieposłuszny. Oto jeden z zapisów wizji o. Pio: „Aniele Boga, mój Aniele… Czy troszczysz się o mnie?…. Czy jesteś stworzeniem Boga?… Albo jesteś stworzeniem Boga, albo Stwórcą? Jesteś stwórcą? Nie. Dlatego jesteś Bożym stworzeniem i masz prawa, które musisz przestrzegać… Musisz przebywać obok mnie, czy chcesz, czy nie… On się śmieje… Z czego tu się śmiać?”.

Anioł Stróż miał jeszcze jedną cechę, która być może jest czymś normalnym wśród istot, które doświadczyły wieczności, ale na ziemi rzadko bywa tolerowana. Niestety był na bakier z punktualnością. Jedną z takich sytuacji opisał o. Pio w liście do o. Agostino: „W sobotę myślałem, że naprawdę chcą mnie zabić. Nie wiedziałem, którego świętego błagać o pomoc. Zwróciłem się do mojego Anioła, lecz on celowo się spóźniał. W końcu przyleciał do mnie śpiewając Bogu hymny swoim anielskim głosem. Wtedy zdarzyło się to, co zwykle: ostro zganiłem go za jego zwłokę, kiedy tak żarliwie wołałem go o pomoc. Aby go ukarać umyślnie, nie stanąłem z nim twarzą w twarz, chcąc utrzymać go na dystans. Biedak w końcu zwrócił moją uwagę swym płaczem i kiedy stanąłem blisko przed nim zrozumiałem, że chciał mnie przeprosić“.

Anioł Stróż nie był może doskonały, ale trzeba przyznać, że wspierał Ojca Pio w najtrudniejszych chwilach, pomagał mu w walce z pokusami, bronił przed demonami. Niekiedy musiał uciekać się do bardzo przemyślnych forteli, aby oszukać wysłanników piekła.

Kiedy o. Pio przebywał w Pietrelcinie, utrzymywał jedynie korespondencyjny kontakt ze swoim kierownikiem duchowym. Te listy były często dla o. Pio jedynym źródłem wsparcia w duchowych rozterkach. Diabeł za wszelką cenę próbował przerwać ową „szkodliwą” działalność o. Agostino: „Ostatnio, kiedy otrzymałem Twój list – zwierzał się o. Pio – ci kozacy powiedzieli mi zanim go otworzyłem, abym go podarł i rzucił do ognia. Gdybym to zrobił, oni rzekomo odsunęliby się na dobre i nigdy nie męczyliby mnie więcej. Pozostałem niemy, nie dałem im jakiejkolwiek odpowiedzi, chociaż gardziłem nimi w mym sercu. Wówczas oni dodali: »chcemy tego po prostu jako warunku naszego odwrotu. Czyniąc to nie okażesz nikomu pogardy«. Odpowiedziałem im, że nic nie byłoby w stanie mnie skłonić do zmiany mego zamiaru. Wówczas rzucili się na mnie jak zgraja wygłodniałych wilków“, pisze w swoich listach. Diabły pilnie śledziły, co też o. Pio o nich wypisuje. Próbowały go nakłonić, aby o nich nie wspominał, sugerowały, żeby opisywał tylko te „najprzyjemniejsze wizyty”, czyli odwiedziny Jezusa i Maryi. Sami woleli pozostawać w cieniu, aby w ten sposób uśpić czujność kierownika duchowego. Kiedy to nie pomagało, niszczyły korespondencję – w kopertach były czyste kartki lub całkowicie poplamione. Ku zdziwieniu proboszcza z Pietrelciny, który był świadkiem owych wypadków, o. Pio zawsze znajdował sposób, żeby je odczytać. Kładł na nich krzyż lub kropił wodą święconą, a wtedy ich oczom ukazywało się zamazane pismo. Co więcej zdarzało się, że zakonnik wiedział, o czym pisał o. Agostino, pomimo że kartki były czyste. Nie był to dar jasnowidzenia, to Anioł Stróż dyktował swemu podopiecznemu niewidoczną treść listu.

Innym razem o. Agostino postanowił poddać próbie zarówno o. Pio, jak i samego diabła. Wysłał list po francusku. Diabeł- zgodnie z przypuszczeniem o. Agostino – ponoć nie znosi tego języka, więc trzymał się z dala od korespondencji. Marna to była pociecha, ponieważ o. Pio znał tylko swój ojczysty język. Po kilku dniach o. Agostino otrzymał jednak odpowiedź z Pietrelciny, napisaną po francusku ręką o. Pio. Jak się później okazało, Anioł Stróż był nie tylko obrońcą Stygmatyka, ale także jego osobistym tłumaczem.

Nowa strategia

W 1916 r. stan zdrowia o. Pio poprawił się na tyle, że mógł on znowu włączyć się w zakonne życie. Najpierw został wysłany do klasztoru w Fogii. Niestety nie przebywał tam zbyt długo, ponieważ w ślad za nim udał się „nicpoń”. Młodzi zakonnicy byli zatrwożeni odgłosami dochodzącymi z celi, gdzie zamieszkał o. Pio. Huki, piski, wrzaski nie pozwalały nikomu zasnąć. W końcu postanowiono pozbyć się problemu, wysyłając o. Pio do innego klasztoru. Wybór padł na San Giovanni Rotondo, gdzie, jak mówiono, łagodny klimat będzie bardziej odpowiedni dla schorowanego zakonnika.

Dwa lata później miało miejsce ważne wydarzenie. Ojciec Agostino opisał je w swoim dzienniku: „W 1918 r. szatan został definitywnie pokonany. Sługa Boży nie odczuwa więcej nawet najmniejszej pokusy. Teraz złość szatana wyładowuje się w zniszczeniu dzieła, które sługa Boży wykonuje“. Bezpośrednie ataki demonów stają się rzadsze, wzmaga się natomiast zamęt wokół osoby o. Pio. Pojawiają się opinie podważające świętość zakonnika z Pietrelciny, niektórzy twierdzą, że ma słabość do płci pięknej. Nawet jego bracia mieli widzieć, jak wpuszczał nocą do klasztoru jakieś kobiety. Podobne oskarżenia pojawiły się także kilkanaście lat później. Nie był już wtedy pierwszej młodości, ledwo chodził, lekarze dziwili się, że jeszcze żyje, ale to nie przeszkadzało w tym, żeby uznać go za rozpustnika. Inni widzieli w nim oszusta, który kwasem wypala sobie rany, licząc na sławę i rzecz oczywista pieniądze. Nawet ci, którzy w dobrej wierze starali się bronić zakonnika, przysparzali mu tyle samo problemów, co jego wrogowie. Złość i nienawiść diabła były tym większe, im bardziej oczywiste stawało się, kim dla ludzi był o. Pio. Diabłu nie chodziło jedynie o poniżenie Świętego, ale o odebranie tego, co dawał innym, o zniszczenie nadziei.

Kiedy okazało się, że ta nowa strategia była bezskuteczna, diabeł chwycił za najcięższą broń w swym arsenale. To doświadczenie święci nazywają pokusą rozpaczy. Diabeł przestał go nękać, ale był to raczej powód do niepokoju niż radości. Jak pisał wcześniej o. Pio: „Jeśli diabeł czyni zgiełk, to znak, że jest nadal poza nami, a nie w nas. To, co musi nas przerażać, to jego pokój i zgoda z duszą ludzką“. Tymczasem nie tylko diabeł „przestał się dobijać”, zamilkło także niebo. Ojciec Pio zaczął miewać skrupuły i wątpliwości. „Biedny Ojciec w żadnym czynie nie może mieć nie tylko pewności moralnej, ale nawet racjonalnego przypuszczenia, że działanie to podoba się Bogu” – zanotował w swym dzienniku o. Agostino. Ojciec Pio pisał: „żyję w wiecznej ciemności; ciemności są najgęściejsze. [...] są pewne chwile, kiedy jestem atakowany przez gwałtowne pokusy przeciw wierze. Jestem pewny, że moja wola nie podda się im, ale moja wyobraźnia ożywia się i ukazuje w tak jasnych kolorach pokusę, która błąka się w umyśle, że ta przedstawia grzech nie tylko jako coś obojętnego, ale nawet zachwycającego. Z tego rodzą się jeszcze te wszystkie myśli zniechęcenia, nieufności, rozpaczy, a nawet – na litość Boską- nie przeraź się, Ojcze – myśli bluźniercze. Wobec tak wielkiej walki ogarnia mnie paniczny lęk, drżę ciągle, zadaję gwałt samemu sobie i jestem pewny, że tylko dzięki łasce Pana Boga nie padam“. Był to rok 1928. Siedem lat później Ojciec w swym dzienniku odnotował: „Ta próba najprawdopodobniej będzie trwała aż do samej śmierci…“. W tych trudnych chwilach nie pomogła mu siła jego wiary, jego wola trwania przy Bogu. Jeżeli nie pogrążył się w rozpaczy to tylko dzięki posłuszeństwu. O. Agostino nie rozwiewał jego wątpliwości, nie próbował wyjaśniać mu, że jego skrupuły są bezpodstawne. Wiedział, że tak mu nie pomoże. Nakazał mu wierność Bogu, pod rygorem posłuszeństwa.

Aż do śmierci

„Nicpoń” nigdy nie opuścił o. Pio. Brat Alessio Parente, który opiekował się nim w ostatnich latach życia, opisał takie oto zdarzenie. Jak co wieczór po skończeniu swoich obowiązków udał się na spoczynek. Zaledwie wszedł do swojej celi, usłyszał dzwonek, którym o. Pio go przywoływał, gdy tylko zaszła taka potrzeba. Wrócił do celi Stygmatyka, zapytał się, co się stało, a ten tylko się uśmiechnął. Historia powtórzyła się kilkakrotnie. W końcu nie wytrzymał: „Ojcze, wołasz mnie tutaj, lecz kiedy przybywam, zamiast powiedzieć mi, czego chcesz, uśmiechasz się po prostu do mnie. Jeśli mi nie pozwolisz spać, to ty będziesz tym, który będzie musiał pomagać mi jutro, a nie ja tobie”. Ojciec Pio, uśmiechnął się ponownie i odpowiedział: „Proszę cię, mój synu, zechciej spać na tym krześle, tu obok mnie, gdyż ci nikczemnicy nie opuszczają mnie dziś w nocy nawet na chwilę”. Brat Alessio został przy nim. Diabły się nie pojawiły, być może przyszedł spóźniony Anioł Stróż, ale o tym wiedział tylko o. Pio.

Marcin Jakubionek

http://www.katolik.pl/

Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ
Otagowane: , , , , , , , ,

Czym jest Biała Armia?

23 sierpień 2009 · Dodaj komentarz

Biała Armia posiada status Świeckiego Stowarzyszenia Wiernych, zgodnie z kanonem 215 Kodeksu Prawa Kanonicznego i Notą Duszpasterską Komisji Episkopatu do Spraw Apostolatu Świeckich (Konferencja Episkopatu Włoch, nr 5 (Enchiridion CEI EDB vol. III n. 591).

Została założona w 1973 roku przez kapucyna, Ojca Andreę d’Ascania, z woli świętego Ojca Pio z padre_papa_vescovo Idąc za nauczaniem Sługi Bożego Jana Pawła II, Biała Armia zaangażowała się w obronę życiaPietrelciny ze zgromadzenia Kapucynów i z woli Sługi Bożego Ojcia Pio Delle Piane, ze zgromadzenia Braci Najmniejszych Świętego Franciszka z Paoli (Minimitów). Byli oni duchowymi kierownikami Ojca Andrei.

Głównym celem Białej Armii jest troska o życie duchowe dzieci poprzez akt poświęcenia się dzieci Bogu Ojcu przez Maryję, poprzez przygotowanie dzieci do Komunii Świętej w wieku używania rozumu i poprzez tworzenie grup modlitewnych dzieci zwanych Gniazdami Modlitwy.

Idąc za nauczaniem Sługi Bożego Jana Pawła II, Biała Armia zaangażowała się w obronę życia, podejmując inicjatywę pochówku dzieci zabitych przez aborcję – najpierw w Akwili (Abruzja, Włochy), a następnie w całym świecie. Pogłębiając znajomość encykliki Dives in Misericordia, Biała Armia włącza się ewangelizację i działalność misyjną, przede wszystkim w krajach Europy Wschodniej i w Ameryce, aby świat poznał Miłosierne Oblicze Boga Ojca. W duchu Świętego Ludwika Marii Grignon de Monfort Biała Armia przypomina o wartości cierpienia (“Pomoc dla cierpiącej ludzkości”), pomaga ubogim i opuszczonym. Wspomaga także budowę i restaurację kościołów, podejmuje również inne inicjatywy apostolskie.

Celem niniejszej strony internetowej jest dostarczenie informacji na temat Białej Armii: czym jest, jaki duch ją ożywia, jaki jest jej eklezjalny charakter, co udało się jej dotychczas zrealizować i co realizować zamierza.

http://www.armatabianca.org

Kategorie: ARTYKUŁY · JAN PAWEŁ II · KOŚCIÓŁ · RODZINA
Otagowane: , , , , , , , , , , , , , ,

Dlaczego świętujemy Wielkanoc w innym czasie niż Kościół prawosławny?…

28 lipiec 2009 · 1 komentarz

pasja - Data Wielkanocy - święta Zmartwychwstania Pańskiego - zależy od daty Ukrzyżowania, które zgodnie z przekazem ewangelistów miało miejsce trzy dni wcześniej, tuż przed żydowską Paschą. Od początku Wielkanoc była obchodzona w tym samym czasie, co Pascha - w dzień pierwszej wiosennej pełni księżyca (14-5 Nisan w kalendarzu żydowskim).

Data Wielkanocy – święta Zmartwychwstania Pańskiego – zależy od daty Ukrzyżowania, które zgodnie z przekazem ewangelistów miało miejsce trzy dni wcześniej, tuż przed żydowską Paschą. Od początku Wielkanoc była obchodzona w tym samym czasie, co Pascha – w dzień pierwszej wiosennej pełni księżyca (14-5 Nisan w kalendarzu żydowskim).
Jednym z problemów, jaki pojawia się przy ustalaniu daty Wielkanocy, jest różnica w przekazie ewangelicznym: Ewangelie synoptyczne (Mateusza, Marka, Łukasza) wskazują bowiem na inną datę Ukrzyżowania niż Ewangelia Jana. Różnica ta spowodowana jest przez żydowski system liczenia dnia od zachodu do zachodu. Powstało pytanie, gdzie powinien być zaliczony wieczór 14 Nisan.
Obie strony miały poparcie swojej teorii: kościoły wschodnie optowały za dniem 14, a zachodnie – za 15. Kwestia została w końcu rozstrzygnięta na pierwszym soborze ekumenicznym w Nicei (dziś Turcja) w 325 roku – oficjalnie przyjęto datę 15 Nisan.
Sobór w Nicei stał się przełomowy, jeśli chodzi o czas obchodzenia Wielkanocy ze względu na jednoznaczne stanowisko wobec tradycji żydowskiej. W dokumencie jednego z uczestników soboru, wystosowanym do wiernych podległej diecezji, czytamy: “W tak świętej rzeczy nie powinno być żadnych podziałów (…) Nasz Zbawca pozostawił nam tylko jeden dzień świąteczny dla odkupienia, to znaczy dzień Jego Męki”.
Uchwały soboru nie zlikwidowały jednak różnic pomiędzy kościołami wschodnimi i zachodnimi. Rzym i Aleksandria używały bowiem odmiennych metod obliczania daty – metoda aprobowana przez Rzym zakładała zbyt wczesną datę równonocy – 18 marca, podczas gdy aleksandryjczycy ustalili ją poprawnie.
Aby położyć kres tej dwoistości synod sardycki z 343 roku podniósł kwestię dnia wielkanocnego, nakazując w drodze wzajemnych ustępstw ustalenie wspólnej daty na następne 50 lat. Inicjatywa przetrwała zaledwie kilka lat.
Po raz kolejny kres sporowi próbował położyć cesarz Teodozjusz Wielki (346-395). Poprosił on Teofilosa, biskupa Aleksandrii, o wyjaśnienie różnic. Biskup w odpowiedzi stworzył tabelę chronologiczną świąt wielkanocnych, opierając się na metodzie aleksandryjskiej. Kuzyn Teofilosa, św. Cyryl, kontynuując dzieło wuja, wskazał przy okazji, na czym polegał błąd metody rzymskiej. Jednak dopiero w połowie V w. uzyskała prymat i została powszechnie zaakceptowana.
W 457 roku Wiktor z Akwitanii, z nakazu archidiakona Hilarego, rozpoczął prace nad pogodzeniem metody rzymskiej i aleksandryjskiej. Jako papież, Hilary zatwierdził obliczenia Wiktora jako obowiązujące. Od tej pory obydwa kościoły obchodziły Wielkanoc w tym samym czasie.
Największego przełomu dokonał w VI w. scytyjski mnich. Był to – według Kasjodora – Dionysius Exiguus (Mały). Stworzył on chrześcijański kalendarz, rozpoczynając rachubę lat od narodzenia Chrystusa. Nowe ujęcie chronologii zapanowało w Europie na dobre w XI w., a w świecie greckim dopiero w XV w.
Dionizjusz wprowadził 532-letni tzw. cykl doskonały, składający się z 19-letniego cyklu lunarnego (po przejściu którego pełnia następuje tego samego dnia) i 28-letniego cyklu zgodności dni tygodnia z dniami miesiąca.
Aby uzyskać datę Wielkanocy, średniowieczny chronolog znajdował tzw. złotą liczbę danego roku (tj. kolejny numer roku w 19-letnim cyklu lunarnym), a potem sprawdzał w tabelach datę pełni księżyca. Znalazłszy ją, szukał pierwszej pełni po równonocy, czyli po 21 marca. Teraz sprawdzał tabelę tzw. liter niedziel, która podawała datę Niedzieli Wielkanocnej.
Po szesnastowiecznej reformie kalendarza i wprowadzeniu kalendarza gregoriańskiego w 1582 roku drogi Wschodu i Zachodu po raz kolejny rozeszły się. Niedokładność kalendarza juliańskiego spowodowała przesunięcie względem rzeczywistej daty wiosennej równonocy, dziś wynoszące 13 dni.
W XX w. daje się zauważyć tendencja, by wprowadzić stałą datę Wielkanocy. Propozycje przedstawiano na forum Ligi Narodów i jej następczyni ONZ. Konstytucja Świętej Liturgii Soboru Watykańskiego II z 1963 roku dopuszcza zasadę ustalonej daty Wielkanocy. Patriarcha konstantynopolitański Atenagoras I w wielkanocnym orędziu z 1969 roku wezwał do usuwania różnic pomiędzy kościołami i ustalenia wspólnej daty Wielkanocy.
Spośród proponowanych stałych dat – druga niedziela kwietnia wymieniana była najczęściej.
Podczas spotkania jakie miało miejsce w Alep, w Syrii, od 5 do 10 marca 1997, przedstawiciele wielkich wyznań chrześcijańskich wysunęli propozycję wyznaczenia wspólnej daty. Według tego projektu, Kościoły nadal postępowałyby zgodnie z istniejącą zasadą obliczania daty Wielkanocy, lecz bazując na współczesnych, bardzo dokładnych obliczeniach astronomicznych.
Ojciec Tomasz Fitzgerald, teolog z kościoła prawosławnego greckiego przy Ekumenicznej Radzie Kościołów (COE), uczestniczył w sympozjum w Alep. Według niego, ta niezgoda dotycząca daty Wielkanocy, to “wewnętrzne zgorszenie” pomiędzy chrześcijanami. “Jakiż rodzaj świadectwa przynosimy światu tym podziałem?” pytał. “Nie ma święta większego od Paschy, a my świętujemy ją podzieleni!”
W ostatnich latach wywierano nacisk na środowiska kościelne dla ustalenia przez Kościoły wspólnej daty jeszcze przed końcem wieku. Rok 2001 został uznany za idealny dla wyznaczenia wspólnej daty, gdyż w tym roku, data Wielkanocy, obliczana według dwóch metod aktualnych, będzie identyczna, to znaczy: 15 kwietnia. Propozycja z sympozjum została przesłana do Kościołów całego świata z wykazem, określającym możliwe daty Wielkanocy na pierwsze 25 lat XXI wieku, gdyby ta myśl została zaakceptowana.
W czasie spotkania w Alep, którego gospodarzem był Kościół prawosławny syryjski, poruszony m. in. objawieniami i przesłaniami w Soufanieh, były reprezentowane: wyznanie anglikańskie, Kościół prawosławny armeński, Patriarchat Konstantynopola, Kościoły ewangelickie Środkowego Wschodu, Patriarchat prawosławny grecki Antiochii i całego Wschodu, Światowa Federacja luterańska, Rada Kościołów Środkowego Wschodu, Kościoły starokatolickie Unii Utrechckiej, Patriarchat Moskwy, Papieska rada ds. Jedności Chrześcijan, Adwentyści dnia siódmego oraz Ekumeniczna Rada Kościołów.
W roku 2001 Papież Jan Paweł II wrócił do sprawy ujednolicenia daty Wielkanocy w czasie swojej majowej wizyty w Syrii. Spotykając się z odpowiedzialnymi za wszystkie kościoły chrześcijańskie we Syrii zaproponował, aby znaleźć wspólną datę dla chrześcijan Wschodu i Zachodu dla świętowania Paschy w tym samym czasie i ujawnienia w ten sposób znaku poszukiwania pełnej jedności.
Niestety do dnia dzisiejszego nic nie zostało w tej sprawie uczynione.

http://www.voxdomini.com.pl

Kategorie: ARTYKUŁY · JAN PAWEŁ II · KOŚCIÓŁ · MŁODZIEŻ · RODZINA · WIADOMOŚCI
Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Niektóre błędy rodziców

22 lipiec 2009 · Dodaj komentarz

EWA ROZKRUT

Niektóre błędy rodziców
EWA ROZKRUT - Niektóre błędy rodziców

Zazwyczaj rodzice starają się podołać wyzwaniu wychowywania dzieci, mimo to nie można obyć się bez popełniania błędów. Trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Chcę zwrócić uwagę na niektóre uchybienia. Proszę rozważyć, jak często mają one miejsce oraz czy można przynajmniej w jakiś stopniu ich uniknąć. Zatrzymam się na relacjach z dziećmi w wieku szkolnym, gdyż jest to okres drażliwy dla dorosłych i dzieci. Następuje przesunięcie autorytetu z rodziców na grupę rówieśniczą, więc łatwo o konflikty i nieporozumienia. Ponadto z czasem uwaga rodziców skupia się na efektach nauczania, zajęciach dodatkowych, wyborze szkoły, lub na środowisku w jakim przebywa dorastająca pociecha. Natomiast brakuje czasu na poznanie duszy, marzeń, problemów, na wysłuchanie siebie nawzajem. A może po prostu nie docenia się tej sfery życia. Przedstawię kilka błędów wychowawczych, jeśli udałoby się co jakiś czas ich uniknąć, to z pewnością życie stanie się spokojniejsze.

Sposób komunikowania się

Czy kontrolujemy, w jaki sposób prowadzimy rozmowę, jak zwracamy się do siebie nawzajem? Rodzicom często zdarza się używać trybu rozkazującego wobec dzieci. Może dlatego, iż kojarzy się on ze skutecznością a na pewno na początku przynosi pożądane rezultaty, jednak później dzieci uodporniają się i przestają słyszeć kierowane do nich słowa. Niejednokrotnie padają niepotwierdzone oskarżenia, obwinianie, groźby, publiczne zawstydzanie, przerywanie wypowiedzi, poniżanie, przekupywanie… A to już cały arsenał, nieprawdaż? Na co dzień nie wsłuchujemy się we własne słowa, raczej koncentrujemy się na ich skuteczności. Bardziej zależy nam na przekazaniu informacji, aniżeli na sposobie w jaki to robimy. Proponuję, by zacząć słuchać jak rozmawiamy ze sobą w domu, jakich słów używamy. Jeśli zauważymy choćby elementy wymienione właśnie przeze mnie, to najpierw postarajmy się odwrócić sytuację i wyobrazić sobie siebie jako odbiorcę podobnego komunikatu. Gwarantuję, że wcale nie będzie to przyjemne a w konsekwencji zupełnie nieskuteczne. Z różnych powodów nie będziemy chcieli pozytywnie na niego odpowiedzieć. Takie odczucia powinny pomóc nam zweryfikować manierę jaką porozumiewamy się z bliskimi. I to na pewno należy zmienić. Następnie można rozpocząć poszukiwania innych rozwiązań. Zmiana przyzwyczajeń nie nastąpi łatwo, ale zapewniam, iż w konsekwencji przyniesie wiele pożytku, wprowadzi harmonię i poczucie bezpieczeństwa. Dla lepszego zrozumienia, przedstawię jedną w wielu codziennych sytuacji:

Kobieta po pracy wraca do domu a syn gra na komputerze, w zlewie są niepozmywane naczynia, na dywanie leżą porozrzucane różne przedmioty, plecak jest w przedpokoju a zeszyty znajdują się na podłodze w salonie. Nie muszę dodawać, że taki stan trwa już od dłuższego czasu, więc jej powrót może wyglądać tak: Mama stojąc w drzwiach krzyczy „Dlaczego nie posprzątałeś? Jesteś bałaganiarzem, masz chlew w swoim pokoju i nabrudziłeś w salonie, miałeś pozmywać! Znowu to samo, jesteś leniwy i nie chce ci się uczyć! Ja w twoim wieku nie miałam takich rozrywek, czytałam książki i pomagałam rodzicom. Gdy wracali do domu, mieli ugotowany obiad. Dzieci mojej koleżanki uczą się angielskiego, sprzątają a ty?! Następnym razem dam ci szlaban na granie na komputerze przez tydzień!”

Opisana sytuacja, może wydawać się szokująca. Przedstawiana mama wydaje się niekonsekwentna, gderliwa, histeryczna. Jednak każdy mógłby się w końcu zdenerwować na jej miejscu. Jej reakcja spowodowana została tym, że nie wsłuchiwała się w swoje słowa i nie wyciągnęła wniosków z wcześniejszych swoich oddziaływań wychowawczych. Nie zapytała: co się stało i dlaczego? Nie dowiedziała się, o której godzinie syn wrócił? Mogła zadać jeszcze wiele innych pytań.

A teraz odwróćmy sytuację, wyobraźmy sobie, że podobne zarzuty sformułowane w ostry sposób, może w obecności innych w miejscu pracy, albo w domu; gdy nikogo nie interesuje, że po całym dniu nie mamy siły posprzątać i doklejają nam etykietkę brudasa. Przypomnijmy sobie ból, upokorzenie, wstyd, brak możliwości jasnego wytłumaczenia się.

Poza tym nic nie zmienia na lepsze taki atak furii, raczej włącza mechanizmy obronne, powoduje zamykanie się na innych, a może wręcz oddalenie od tego człowieka, czasem przybliża do depresji, lub alkoholu. Ludzie mają szerokie możliwości.

Dzieci również bolą nasze oskarżenia, w końcu padają one z ust osób, które najbardziej kochają na świecie. Kiedyś słyszałam, jak dziesięciolatek zaatakowany przez dorosłych, nie mający szansy na wyjaśnienia, ukryty w kącie pokoju żalił się swojej trzyletniej siostrze: dziękuję, że do mnie przyszłaś, tylko ty mnie rozumiesz i wiesz, że nie jestem zły. A siostra mu przytakiwała, przytuliła się i uspokoiła brata. O to właśnie chodzi, o zrozumienie, żeby dotrzeć do czyjegoś serca, trzeba bardzo się starać.

Rozwiązywanie problemów

Problemy towarzyszą człowiekowi przez całe życie. Radzenie sobie z ich rozwiązywaniem, wydaje się konieczne. Jednak tej umiejętności nie otrzymujemy wraz z mlekiem matki, trzeba uczyć się sprawnie reagować i nie poddawać się w trudnych sytuacjach. Niestety niektórzy wolą kłopotów nie zauważać, inni je omijają, a jeszcze inni upadają pod ich ciężarem. Niektórzy rozwiązują a przynajmniej starają się stawiać im czoła. Ten ostatni sposób wydaje się najlepszy, bowiem hartuje, buduje charakter, uczy wytrwałości. Rodzice mają zatem trudny orzech do zgryzienia. Często próbują przyspieszać rozwiązywanie problemów swoich pociech, podając gotową receptę, minimalizując ich rangę, albo odsuwają na później. Zdarza się też pozostawienie dziecka samemu sobie z sentencją, że „życie jest ciężkie i nie ma na to rady”. Nie są to dobre metody. Proponuję przemyślenie innej, którą można zastosować w sytuacji, gdy dziecko przychodzi do domu i ma kłopot. Dla niego jest to sprawa trudna i ważna. Nie wolno jej bagatelizować. Naprawdę warto postawić na spokojną rozmowę a na to potrzebny jest czas. Lepiej nie podejmować ważnych decyzji, gdy dziecko jest podekscytowane, lub wzburzone. I tak nie wysłucha tego, co chcielibyśmy powiedzieć. Zdecydowanie lepiej przesunąć nieco rozmowę, zaproponować konkretny, nieodległy termin. Dobrze jest zadbać o dobrą atmosferę oraz coś dobrego dojedzenia, żeby zmniejszyć napięcie. Natomiast jeśli sprawa jest niecierpiąca zwłoki, to należy wszystko odłożyć na bok i skoncentrować się na problemie. Dziecko powinno umieć opowiedzieć o swoim kłopocie. Kiedy jednoznacznie go określi, to łatwiej „złapie byka za rogi”. Wielokrotnie przekonałam się, że gdy przerywałam, nerwowym „ już to mówiłeś”, to dziecko zamykało się. Nie tylko nie udało mi się pomóc, ale dodatkowo je raniłam. Zdecydowanie lepiej je przytulić i wspólnie zastanowić się, co można zrobić. Ale raczej zachęcam do szukania rozwiązań, niż je podsuwam, choć to wcale nie jest łatwe. Można włączyć rodzeństwo, oczywiście za zgodą dziecka potrzebującego pomocy. Im więcej pomysłów, tym lepiej, będzie z czego wybrać. Warto poznać, jak ono zamierza wprowadzić w życie swoje zamiary.

Na początku taki styl wychowania nie jest łatwy ani dla dzieci, ani dla rodziców, z pewnością wymaga zmiany przyzwyczajeń, inwencji i wysiłku. Niemniej jednak ucieczka przed problemami w konsekwencji może doprowadzić np. do uzależnienia się od różnych wspomagaczy: alkoholu, narkotyków, pornografii, itp. Problemy towarzyszą człowiekowi przez całe życie, poniekąd nadają mu smak, nie można przed nimi się schować.

Wszelkie lęki i obawy

Każdy rodzic pragnie dla swoich dzieci bezpieczeństwa, to naturalne. Jednak często różnego rodzaju obawy stają się zmorą. Zaczyna się od tego, iż przekazujemy swoje lęki pociechom. Od najwcześniejszych lat mówimy im o różnych zagrożeniach, opowiadamy o swoich złych doświadczeniach i młodzi ludzie dorastają w przekonaniu, iż wszędzie czyha na nich wróg. Jeśli mama miała złe relacje z koleżankami, to mówi swojej córce, że na dziewczynki nie należy liczyć, bo są zawistne i zdradzą ją przy najbliższej okazji. Ta przestroga zostaje w sercu i córka może nigdy nie znaleźć przyjaciółki. A przecież tego typu złe doświadczenia nie muszą jej dotyczyć.

Innym zagrożeniem, którego boją się rodzice są wszelkiego rodzaju uzależnienia. W dzisiejszych czasach wiele mówi się o negatywnym wpływie komputera na młodych ludzi, gdyż kojarzy się on z przemocą, pornografią, uzależnieniem, marnowaniem czasu. Zatem niejednokrotnie dobrym zabezpieczeniem wydaje się zakładanie blokad, haseł, kontrolowania wszystkich stron, które dziecko przegląda, albo prowadzenie długich wykładów na temat złego wpływu internetu i gier na rozwój młodych umysłów. Taka postawa jest niebezpieczna, dzieci mogą uciekać się do oszukiwania rodziców, nie przyznają się gdzie serfują po internecie a mają wiele możliwości, choćby lekcje informatyki, kawiarenki internetowe, u kolegi. Zdecydowanie lepiej spokojnie porozmawiać o tym, dlaczego należy ostrożnie zawierać znajomości w sieci i nie udostępniać swojego adresu, czemu strony pornograficzne nie są dobre a gry z przemocą źle wpływają na psychikę i dowiedzieć się jakie jest ich zdanie na ten temat. Przypomina mi się pewna prawidłowość, od lat straszy się dzieci niebezpiecznymi znajomościami. W moim dzieciństwie taką rolę pełniły jeżdżące ulicami czarne wołgi. Nie wolno było mi oraz moim rówieśnikom zbliżać się do zatrzymującego się czarnego auta. Jako mała dziewczynka ani ja, ani moje koleżanki nie odróżniałyśmy marek samochodów, więc stroniłyśmy od wszystkich czarnych aut; inne samochody były bezpieczne. Dziś zastanawiam się, dlaczego właśnie czarna wołga pełniła rolę straszaka? Oczywiście dorośli z tamtych lat, też mieli dobre intencje, być może nasze dzieci również za trzydzieści lat zastanowią się, dlaczego rodzice straszyli internetem. Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem będzie dobry kontakt ze swoim dzieckiem, okazanie mu zaufania i co jakiś czas spędzanie z nim trochę czasu przed monitorem komputera. Pozostawienie samemu sobie młodego człowieka wcale nie jest dobre, grozić może uzależnieniem, utratą kontaktu z bliskimi. Trzeba dopilnować by miało różne obowiązki, inne zainteresowania, czas na odpoczynek czynny, sen. Można wprowadzić zasadę: ile godzin przed komputerem tyle czasu na boisku. Wówczas nie trzeba będzie martwić się o skrzywienia kręgosłupa, jednostronny rozwój, albo brak kontaktu z realnym światem. Dopóki mamy wpływ na zajęcia naszych synów i córek, to należy je przyzwyczaić, że świat nie kończy się na wirtualnej rzeczywistości, ale też wokół jest mnóstwo wspaniałości.

Lęki są problemem dorosłych, mogą utrudnić życie i negatywnie wpływać na relacje z innymi. Zanim zaczniemy straszyć, albo choćby przestrzegać dzieci przed czymś, to najpierw zastanówmy się na ile zagrożeni e jest realne a na ile mieści się wyłącznie w naszej psychice.

Zapomniał wół…

Ta stara prawda jest ciągle aktualna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak często nasze postępowanie ją potwierdza. Ostatnio słyszałam narzekanie pewnego zatroskanego ojca, który opowiadał o bójkach między synami, o tym, iż biją się o głupstwa. Gdy zapytałam, czy on bił się w dzieciństwie ze swoim bratem, odpowiedział, że owszem, ale oni mieli ważne powody. Zaproponowałam, by zapytał rodziców, czy też tak uważają? Kiedyś powszechnym było stwierdzenie „ach ta dzisiejsza młodzież”. Proponuję, by zanim zaczniemy narzekać na młodsze pokolenie, jego beztroskę, nieodpowiedzialność, złe zachowanie itd., to wpierw odbądźmy podróż sentymentalną do czasów szkolnych i przypomnijmy sobie choćby niektóre występki. To naprawdę pomaga. Przede wszystkim uspokaja, że z tego się wyrasta. Z pewnością pomoże odnaleźć najodpowiedniejsze wyjście z sytuacji.

Jednak chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Dotyczy on rodziców, dla których wiara i zaangażowanie w Kościele jest nadzwyczaj ważne. Niepokoi ich błądzenie po drogach wiary, nieprzykładanie odpowiedniej wagi do spraw Kościoła, tradycji chrześcijańskich. Bóg wydaje się dla nich niezrozumiały i daleki. Wzbudza to szczerą troskę o życie dzieci w bliskości Ojca. Dorośli niejednokrotnie namawiają, mają pretensje, albo łzy w oczach. Niestety nic w ten sposób się nie wymusi na dziecku, czy nastolatku. Raczej wywoła odwrotny skutek. Raczej trzeba zacząć od przypomnienia sobie momentu, kiedy Bóg stał się najważniejszy w naszym życiu, albo czy na pewno ma taki status. Z pewnością ów moment nie nastąpił w szkole. Świadomość religijną zdobywa się przez lata, również długo odkrywa się miłość Boga, poznaje Go, zachwyca a przy okazji niekiedy zapomina o własnym kroczeniu po bezdrożach. Niestety często chcąc przyspieszyć wzrost wiary własnych dzieci, nie pozwalamy upadać a wręcz zmuszamy do pewnych praktyk religijnych. Taka droga na skróty może się źle skończyć, przynieść odwrotny skutek do zamierzonego. Młody człowiek nie może reagować i rozumować w taki sam sposób, jak jego rodzicie, bowiem zdobył znacznie mniej doświadczeń. Powierzajmy dzieci Bogu, otaczajmy modlitwą i miłością.

Na zakończenie

Oczywiście są to tylko niektóre błędy i uchybienia, nie zamierzałam ich mnożyć, ale raczej zwrócić na nie uwagę. Trud wychowywania dzieci można przyrównać do ćwiczeń. Żeby udoskonalić potrzebne umiejętności wykonuje się dużo powtórzeń, by znów zrobić to samo. Takie nastawienie pomaga rozpoczynać wciąż od nowa.

Ewa Rozkrut
erozkrut@mateusz.pl

http://www.mateusz.pl

Kategorie: ARTYKUŁY · MŁODZIEŻ · RODZINA
Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Czytając Benedykta – pierwsze wrażenia po lekturze encykliki „Caritas in veritate”

22 lipiec 2009 · Dodaj komentarz

Specjalistów zajmujących się nauczaniem społecznym Kościoła zapytaliśmy o pierwsze wrażenia po lekturze encykliki „Caritas in veritate”

Odpowiedź na kryzys człowieczeństwa

ks. Arkadiusz Wuwer – socjolog, wykłada katolicką naukę społeczną na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego

ks. Arkadiusz Wuwer - socjolog, wykłada katolicką naukę społeczną na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego Spośród wielu „nowości” encykliki wymienię zaledwie trzy. Po pierwsze, współczesna „kwestia społeczna” nie ogranicza się już, jak za czasów Leona XIII, do wołającego o pomstę do nieba położenia robotników, ani do zagrożenia pokoju poprzez systemy totalitarne, nie dotyczy tylko nierówności społecznych czy kryzysu wolności, jakie charakteryzowały życie społeczne w przeszłości, ale przybiera dzisiaj postać kryzysu samego rozumienia człowieczeństwa.

Po drugie, dominujący w dyskursie społecznym Jana Pawła II termin „solidarność” zostaje dopełniony terminem „braterstwo”. „Społeczeństwo coraz bardziej zglobalizowane zbliża nas, ale nie czyni nas braćmi. Rozum sam z siebie potrafi pojąć równość między ludźmi i ustanowić obywatelskie współżycie między nimi, ale nie jest zdolny ustanowić braterstwa. Ma ono początek w transcendentnym powołaniu Boga Ojca, który jako pierwszy nas umiłował, ucząc nas przez swego Syna, czym jest miłość braterska” (19). Przeważającej do tej pory, oświeceniowej wizji powszechnej wolności, równości i braterstwa nie udało się nigdy w całości wprowadzić w życie. Dlatego że o ile wolność i równość są możliwe zawsze, braterstwo domaga się czegoś więcej niż prawa i sprawiedliwości – właśnie pełnej prawdy i miłości.

Po trzecie, życie ekonomiczne to coś więcej niż aktywność człowieka dla zapewnienia zysku. Odnowienie pogrążonego w kryzysie życia finansowego może nastąpić jedynie poprzez pokonanie chciwości, zawiązanie ponownych relacji pomiędzy ekonomią i polityką a etyką. Ekonomia nie może obejść się bez przyjęcia kategorii bezinteresowności i daru. W tym kontekście zadaniem polityki, często zdominowanej dzisiaj przez globalne grupy finansowe i medialne, jest powrót do właściwych jej zadań: roztropnego kierowania ekonomią i rozwojem w służbie powszechnego dobra wspólnego.

Pełna miłości prawda o współczesności, jaką wypowiada Benedykt XVI, jest pozbawiona tonów agresywnych, dobrze uargumentowana, a co za tym idzie – przekonująca i, miejmy nadzieję, skuteczna. Siła encykliki leży w przywołaniu nadziei, że możliwa jest wizja „człowieka nierozdartego” pomiędzy tym, co Boże, i tym, co ludzkie. To zadanie dla każdego z nas na dzisiaj i na resztę życia: „życie na ziemi uczynić »Bożym«, i dlatego godnym człowieka”.

Ochrona środowiska ludzi

George Weigel, teolog, publicysta, członek Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie

George Weigel, teolog, publicysta, członek Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie Jednym z najbardziej doniosłych punktów encykliki jest połączenie, jakie Papież czyni między społeczną doktryną Kościoła a jego nauczaniem dotyczącym prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. „Caritas in veritate” łączy obronę życia z ochroną środowiska, twierdząc, że ludzie odrzucający nienarodzone dzieci nie są skłonni budować społeczeństw dbających o naturę.

Te punkty zasługują na podkreślenie wobec tendencji światowej prasy do przeciwstawiania „katolików sprawiedliwości społecznej” „katolikom prawa do życia” w konwencji politycznego reportażu, gdzie wszystko jest albo „lewicowe”, albo „prawicowe”. Kościoła i jego doktryny społecznej nie dotyczą kategorie „lewicy” i „prawicy”, lecz „prawdy” i „fałszu”. Prawda o osobie ludzkiej, podkreśla Benedykt XVI, leży u podstaw społecznej nauki Kościoła. A zasadniczą prawdą jest to, że każde niewinne ludzkie istnienie ma nienaruszalną godność i wartość. Sprawiedliwe społeczeństwa rozpoznają tę godność i chronią ją prawem. Sprawiedliwe społeczeństwa włączają najsłabszych członków ludzkiej rodziny we wspólnotę wzajemnej troski. Zatem kwestie życia są kwestiami społecznej sprawiedliwości.

„Caritas in veritate” przypomina również, że wolny rynek nie jest mechanizmem mogącym działać samodzielnie – wymaga ludzi żyjących wartościami. Tylko pod tym warunkiem rynki będą działały na korzyść biednych, bogactwo będzie rozdzielane sprawiedliwie, a społeczeństwo stanie się silniejsze. Te same wartości, naucza encyklika, są w stanie przekonać kobiety i mężczyzn XXI w. do hojnej postawy wobec przyszłości, która wyrazi się również przez powoływanie do życia nowych pokoleń. Niski współczynnik urodzin w Europie jest więc kolejnym zagadnieniem związanym ze sprawiedliwością społeczną.

Nie chodzi wyłącznie o to, że spadek populacji oznacza mniejsze wpływy z podatków na zasilanie programów społecznych. Na głębszym poziomie brak hojności wobec przyszłości na ogół idzie w parze z brakiem hojności wobec teraźniejszości, to zaś oznacza gospodarkę wypaczoną przez chciwość.
Dyskusje ekonomistów nad papieskimi propozycjami na rzecz „gospodarki wspólnoty” (gospodarki dzielenia dóbr) będą trwały. Oby owocem tych debat była świadomość, że główne dotychczasowe motywy podejmowania decyzji ekonomicznych nie mogą być jedynymi. Najistotniejsze, że bezpośrednie wnioski z „Caritas in veritate” dla polityki społecznej wiążą ją ze sprawą życia, postulując konieczność zagwarantowania pomocy ciężarnym kobietom znajdującym się w krytycznej sytuacji (miłość), przy jednoczesnym zapewnieniu prawnej ochrony dla nienarodzonych (prawda).

Miasto godne człowieka

ks. Piotr Mazurkiewicz, politolog, socjolog, sekretarz generalny Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej 

ks. Piotr Mazurkiewicz, politolog, socjolog, sekretarz generalny Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej  Miasto (polis) jest dwuznacznym symbolem kulturowym. Istnieje napięcie między miastem Boga a miastem szatana (św. Augustyn). Między ziemskim Jeruzalem, za którym tęskni Psalmista, a nowym Jeruzalem, które powinno być obiektem tęsknoty chrześcijanina. Wątek miasta Boga i miasta człowieka pojawia się także w encyklice „Caritas in veritate”. Ojciec Święty stwierdza, że zasadniczą siłą napędową prawdziwego rozwoju człowieka jest miłość (1), która jest największym darem, jaki Bóg przekazał ludziom (2). Miasto człowieka nie wyrasta jedynie dzięki odniesieniom do praw i obowiązków, ale przede wszystkim dzięki relacjom bezinteresowności, miłosierdzia i komunii (6). Miasto prawdziwie godne człowieka nie powstaje w oparciu o charakterystyczną dla działań ekonomicznych logikę wymiany kontraktowej. Nawet uzupełnienie jej o logi-kę polityczną, służącą zapewnieniu sprawiedliwości przez redystrybucję dóbr (36), nie czyni go antycypacją miasta Bożego.

Do właściwego funkcjonowania polis konieczna jest obecność w przestrzeni międzyludzkiej działań całkowicie bezinteresownych, wynikających z miłości. Mamy zatem trzy podmioty konieczne do właściwego funkcjonowania systemu: rynek, państwo i społeczeństwo obywatelskie (38). Mamy też konieczność współgrania logiki ekonomi, logiki polityki i logiki daru bez rekompensaty (34 i 37). Papież nie oczekuje, że któryś z elementów systemu przejmie logikę właściwą drugiemu. Nie spodziewa się, że – na przykład – rynek będzie się kierować bezinteresownością, a jednak stwierdza wyraźnie: „zarówno rynek, jak i polityka potrzebują osób otwartych na wzajemny dar“ (39), potrzebują otwarcia na to, co przychodzi z zewnątrz.

Dwa elementy w myśli Papieża warte są jeszcze wyeksponowania. Aby kochać, trzeba używać rozumu. Rozum zaś musi być otwarty na prawdę przychodzącą do nas od drugiego człowieka. Dopiero przez rozmowę i wspólne poszukiwanie prawdy stajemy się racjonalni. Dopiero przez wspólne odkrywanie prawdy wychodzimy z kręgu subiektywnych opinii, przekraczamy kulturowe i historyczne uwarunkowania, spotykamy się w ocenie wartości i istoty rzeczy (4). Papież stwierdza jednak, że otwarcie na dialog z drugim człowiekiem to za mało, by móc mówić o otwartym rozumie. Może on bowiem być wciąż skoncentrowany na sobie, a w związku z tym zamknięty na sens i wartości. Rozum prawdziwie otwarty to rozum otwarty na transcendencję, uznający pokornie, że nie wytworzył samego siebie, podobnie jak nie narodził się z przypadku (74). Jest darem, podobnie jak miłość.

Postulat światowej władzy

Luigi Accattoli, watykanista dziennika „Corriere della Sera” 

Luigi Accattoli, watykanista dziennika „Corriere della Sera”  Stworzyć polityczną władzę światową, aby kierować globalizacją: oto najbardziej konkretna propozycja encykliki. To wyzwanie dla tych wszystkich, którzy nie chcieliby, aby ludzkość wykrwawiła się w biegu ku wolnemu od wszelkich zasad libertynizmowi i egoizmowi w wymiarze jednostkowym, narodowym i kontynentalnym. Jest to punkt, w którym nauczanie społeczne obecnego papieża w najlepszym kontynuuje myśl polskiego poprzednika. Ta propozycja winna być rozumiana razem innymi dwoma, które są sformułowane w encyklice w sposób następujący sposób: pilna reforma ONZ-u i międzynarodowej struktury finansowej i ekonomicznej.

Konieczność stworzenia politycznej władzy światowej, papież uzasadnia względami: „dla zarządzania ekonomią światową; dla uzdrowienia gospodarek dotkniętych kryzysem; dla zapobieżenia pogłębieniu się kryzysu i wynikającego stąd zachwiania równowagi; dla przeprowadzenia właściwego, pełnego rozbrojenia oraz zagwarantowania bezpieczeństwa wyżywienia i pokoju, dla zapewnienia ochrony środowiska i regulowania ruchów migracyjnych”. W nauczaniu papieskim pierwsze wzmianki o politycznej władzy światowej – ale bez używania tego sformułowania – znajdują się w encyklice „Pacem in terris” Jana XXIII (1963), gdzie mówi się o „konieczności władzy publicznej o zakresie światowym”, aby zaradzić potrzebom „dobra wspólnego uniwersalnego”.

Uwzględniając obawy o możliwość powstania pewnego rodzaju światowej dyktatury, „Caritas in veritate” mówi o następujących cechach tej władzy: „powinna przestrzegać w sposób spójny zasady pomocniczości”. Nie może interweniować w przypadkach, gdy inne podmioty mogą wykonywać swoją władzę, i powinna się wyrażać w wielu wymiarach, aby uniknąć napięć i rozwiązań jednostronnych. Encyklika uwzględnia więc racje tych, którzy z rezerwą podchodzą do tego zagadnienia, idzie jednak w kierunku określenia uprawnień, które przyszła władza światowa miałaby posiadać, „powinna się ona cieszyć uprawnieniami, by strony przestrzegały jej decyzji, a także podjętych i uzgodnionych środków na różnych forach międzynarodowych”. Słowa, które mogłyby zostać zastosowane do spotkania G8 we włoskiej Aquili! Mądre są propozycje, które Benedyktowi XVI jako teologowi zostały zasugerowane przez fakt, że najliczniejsza grupa katolików żyje dziś w krajach ubogich, i z nauczania o jedności rodziny ludzkiej. Według mnie te słowa są najpiękniejszym fragmentem encykliki: „Potrzeba nowego zapału myśli, aby lepiej pojąć wymiary naszego bycia jedną rodziną”.

http://www.goscniedzielny.wiara.pl

  • Bóg mówi: nie cudzołóż!
  • Niema ekonomii bez osoby ani rozwoju bez integralnej wizji człowieka
  • Zrozpaczeni rolnicy pielgrzymują na traktorach do Rzymu
  • 26 lipca Święci Anna i Joachim, rodzice Najświętszej Maryi Panny
  • Pierwszy film z cyklu Kalwaria Papieska
  • Ukraina: młodzieżowa pielgrzymka pokoju
  • Fronda.TV: Rafał Ziemkiewicz o procesie Joanny Najfeld
  • V Światowy Kongres Rodzin już w sierpniu
  • Episkopat Boliwii: modlitwa pomaga w społecznych przemianach
  • Ukraina: wizyta kard. Lajolo
  • Wobec islamu LXXXIX
  • Wadowice na Jasnej Górze
  • Hiszpania: powstało stowarzyszenie Edyty Stein
  • Kazanie na górze – Benedykt XVI
  • Benedykt XVI: Rosnąca siła biotechnologii zwiastuje czarny scenariusz dla ludzkości
  • Europejska konferencja egzorcystów
  • Papieskie wakacje: odpoczynek i praca
  • Bp Kaszkiewicz: Matka Boża Trokielska – Królową Rodzin
  • Wołczyn: spotkanie młodych
  • Kategorie: ARTYKUŁY · BENEDYKT XVI · KOŚCIÓŁ · WIADOMOŚCI
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    Pokusa, by wykorzystać Boga do swoich małych i doraźnych celów, jest stara jak świat – Czytania na niedzielę

    22 lipiec 2009 · Dodaj komentarz

    Czytania na niedzielę
    Dzień: 26.07
    XVII niedziela zwykła

    (2 Krl 4,42-44)
    Pewien człowiek przyszedł z Baal-Szalisza, przynosząc mężowi Bożemu chleba z pierwocin, dwadzieścia chlebów jęczmiennych i świeżego zboża w worku. On zaś rozkazał: Podaj ludziom i niech jedzą! Lecz sługa jego odrzekł: Jakże to rozdzielę między stu ludzi? A on odpowiedział: Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: Nasycą się i pozostawią resztki. Położył więc to przed nimi, a ci jedli i pozostawili resztki – według słowa Pańskiego.

    (Ps 145,10-11.15-18)
    REFREN: Otwierasz rękę, karmisz nas do syta

    Niech Cię wielbią, Panie, wszystkie Twoje dzieła
    i niech Cię błogosławią Twoi święci.
    Niech mówią o chwale Twojego królestwa
    i niech głoszą Twoją potęgę.

    Oczy wszystkich zwracają się ku Tobie,
    a Ty karmisz ich we właściwym czasie.
    Ty otwierasz swą rękę
    i karmisz do syta wszystko, co żyje.

    Pan jest sprawiedliwy na wszystkich swych drogach
    i łaskawy we wszystkich swoich dziełach.
    Pan jest blisko wszystkich, którzy Go wzywają,
    wszystkich wzywających Go szczerze.

    (Ef 4,1-6)
    Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich.

    (Łk 7,16)
    Wielki prorok powstał między nami, i Bóg nawiedził lud swój.

    (J 6,1-15)
    Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.

    Teksty czytań pochodzą z portalu Mateusz.pl


    Komentarze na XVII niedzielę zwykłą (Tomasz Zamorski OP)

    Cud powszedni

    Pokusa, by wykorzystać Boga do swoich małych i doraźnych celów, jest stara jak świat. Zawłaszczyć Tego, który czyni cuda, otoczyć, adorować, unieruchomić tak, by dostarczał codziennego chleba, walczył z naszymi wrogami, uśmierzał ból i zapewniał długie i szczęśliwe życie. Horyzont tej naturalnej i nieco magicznej nadziei nie odpowiada Jezusowi. Co nie oznacza, że Pan przestaje być wrażliwy na ludzką biedę i ludzkie potrzeby. Przecież nakarmił głodnych. Do cudu rozmnożenia chleba potrzebował jednak kilku rzeczy. Po pierwsze, ludzi i tego, co mieli. Po drugie, Pan Jezus potrzebował współpracy, wiary i zaangażowania uczniów w rozwiązanie problemu.

    Jednym z największych nieustannie towarzyszących nam lęków jest ten, który mówi, że dla nas czegoś zabraknie. Dlatego walczymy o miejsce, o rzeczy, rolę i uznanie, bierzemy natychmiast to, co nam się rzekomo należy, nie czekając na swój czas. Taka postawa wpływa również na myślenie o Bogu, którego zaczynamy podejrzewać, że kocha tylko niektórych, tych lepszych i świętszych. Warto jednak zauważyć, że podążanie tą drogą czyni bezbożnym, uśmierca modlitwę i nie zostawia miejsca na zaufanie, o które przecież chodzi Jezusowi.

    Cud rozpoczyna się od współpracy, od szukania rozwiązań i zobaczenia tego, co jest. Jezus błogosławi ludzką troskę i uzdalnia do dawania nawet wtedy, gdy nie bardzo jest czym się podzielić. Pomnażanie to specjalność boska, ale i ludzka: dostałeś – dawaj. Zobacz, że radość może się stać udziałem twoich braci. Ale będzie cudem, gdy dotknie i przemieni wrogów. Chleb zaspokaja głód powszedni, odnawialny. Potrzebujemy zatem cudu powszedniego, odnawialnego. Bóg potrzebuje człowieka, by czynić swoje cuda. Na tym polega przemiana i ubóstwienie każdego z nas.

    W niewielkim kościółku w Tabghcie leżącej nad Jeziorem Galilejskim (według tradycji tam dokonał się cud rozmnożenia), u stóp ołtarza, znajduje się starożytna mozaika. Przedstawia kosz z dwiema rybami i cztery bochenki chleba. Gdzie więc się podział piąty? Odpowiedź otrzymujemy podczas Eucharystii, piąty bochenek to sam Chrystus. Tego chleba nie zabraknie dla nikogo, jak nie może zabraknąć boskiej miłości. Eucharystia to nadmiar tej miłości i odwaga Boga, który chce nas nakarmić i przemienić. Potrzeba nam takiej Eucharystii, takiego cudu i takiego szukania chleba po to, by stać się chlebem dla innych. A wtedy cudem powszednim będzie zwyczajna ludzka miłość, życzliwość, wsparcie i troska, którą siebie darzymy. Wtedy łatwiej będzie przezwyciężyć pokusę zawłaszczania Boga.

    Tomasz Zamorski OP

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ
    Otagowane: , , , , , , , , , , , ,

    Bóg mówi: nie cudzołóż!

    22 lipiec 2009 · 1 komentarz

      Dlaczego nie warto żyć na próbę? Naturalnym etapem na drodze do małżeństwa jest okres narzeczeński. Młodzi ludzie spotykają się ze sobą, poznają swoje charaktery, upodobania, zalety i słabości. Uczą się gestów miłości, czułości, stopniowo rozwija się dynamika ich uczuć, zanim znajdzie spełnienie w sakramencie małżeństwa. Jednak coraz częściej młodzi ludzie podejmują wspólne życie zamiast narzeczeństwa, ale i bez ślubu – „życie na próbę”. Dlaczego osoba wierząca nie może zaakceptować takiej drogi?

    Bóg mówi: nie cudzołóż!

    Co to znaczy „żyć na próbę”? Bóg chce, abyśmy żyli prawdziwie i w pełni. Dlatego powiedział – nie cudzołóż! To nie czyjeś widzimisię, to wynika z Bożego przykazania. Jeśli uważasz, że zabijanie jest złem, jest grzechem, jeśli zgadzasz się, że kradzież jest grzechem i kłamstwo nim jest, to dlaczego masz wątpliwości, gdy Pan Bóg mówi „nie cudzołóż!”? To też jest złem, to też jest grzechem! Oto pierwszy i najważniejszy motyw, dla którego nie warto żyć na próbę.

    Ale dzisiaj ludzie już nie przejmują się Bożymi przykazaniami… Lepiej wiedzą, co dla nich dobre, a co złe. Rodzice, najbliżsi, milcząco akceptują fakt, że ich dziecko, przecież wierzące jak oni sami, mieszka ze swoim chłopakiem czy dziewczyną bez ślubu. Infantylne usprawiedliwianie, zasłanianie się „modą”, że tak się teraz żyje, że taki jest świat.

    Jakże kruche okazują się zasady wyniesione z rodzinnego domu, z katechezy, skoro wystarczy, że młody człowiek wyjedzie na studia albo do pracy i bardzo szybko pozwala sobie na wspólne zamieszkanie z partnerem, bez sakramentu małżeństwa. Często okłamuje przy tym swoich bliskich, którzy są przekonani, że ich syn czy córka żyje tak jak Pan Bóg przykazał. Argumentacja młodych uderza swoją pragmatyką – w mieście taniej jest utrzymać się we dwoje!

    Miłość na 100%

    Prawdziwa miłość nie znosi namiastek, nie jest byle jakim podarunkiem na miesiąc, rok, czy nawet kilka lat. Miłość pragnie ofiarować się całkowicie i na zawsze, i tego samego oczekuje od drugiej strony. Tylko wówczas można mówić o autentycznej miłości.

    Wszędzie zaś, gdzie mamy do czynienia z wyrachowaniem, z traktowaniem drugiej strony jako doraźnego partnera – na dziś, na miesiąc, rok, na próbę, tak długo, jak będzie nam dobrze, do pierwszej kłótni, do wygaśnięcia uczuć albo do znalezienia lepszej partii, dopóki będzie piękna i młoda, dopóki będzie wysportowany i dobrze sytuowany – tam nie ma mowy o miłości i o prawdziwym szczęściu. Bo miłość nie liczy lat – jest dozgonna: „ślubuję, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. Na tym fundamencie można budować – dom, rodzinę, snuć wspólne plany, marzenia – na dni i lata. Można tracić zdrowie dla drugiego, można z nim przeżywać piękne lata młodości, ale i lata starości, dni pomyślności i smutku, dni wesela i ciche dni. A wszystko w poczuciu bezpieczeństwa, bez lęku, że pewnego dnia obudzę się w pustym mieszkaniu, że w chorobie zostanę sam; ze spokojem, że gdy minie młodość i entuzjazm młodzieńczego uczucia, to pozostanie przyjaźń, poczucie, że kochana osoba jest blisko, że mam na kogo liczyć, że mam się do kogo odezwać, uśmiechnąć, razem powspominać czy ponarzekać… Dlatego nie warto żyć na próbę, warto żyć na całość…

    Jaki finał może mieć „miłość na próbę”? Przeżyli ze sobą kilkanaście lat. On początkowo chciał ślubu, ona nie, bo po co nam papierki, formalności, przecież się kochamy. Nie zdecydowali się jednak na dziecko w tym niezobowiązującym związku. Niby wszystko było tak jak w normalnych małżeństwach, a jednak pewnego dnia, bez podania powodu ona po prostu odeszła…, bo przecież nie byli małżeństwem – a on, cóż, nie mógł mieć pretensji, bo nie była jego żoną… Po prostu, nie było się czego uchwycić, nie było wiadomo co ratować. Zabrakło sakramentu, który dałby im siłę do walki o siebie. Nic nie zostało z tego kochania siebie – bez fundamentu.

    Dziecko – prawdziwy owoc miłości

    „Życie na próbę” przez swoją tymczasowość i niepewność nie jest otwarte na życie, ale skoncentrowane przede wszystkim na zadowoleniu mężczyzny i kobiety, którzy taki związek tworzą. Jeśli nawet pojawi się w takim związku nowe życie, to zwykle stanowi ono wielki problem, a nie źródło szczęścia i owoc spełnionej miłości. Dobrze, jeśli w ogóle przyjdzie na świat i nie zostanie usunięte jak intruz z życia tych, którzy w czasie swojej próby nie planowali potomstwa. Dziecko, które „zaskoczyło” rodziców pozostających w tymczasowym związku, zawsze będzie odczuwać, że nie było chciane, wytęsknione. Jako nieoczekiwane, staje się źródłem konfliktów dla nieprzygotowanych rodziców. Jeśli ich związek przetrwa, to dobrze dla dziecka, a jeśli nie – wówczas już do końca życia będzie ono wychowywane jak sierota – bez ojca lub bez matki, a już na pewno bez normalnego domu, w którym kochane i akceptowane mogłoby się normalnie rozwijać.

    Czy ludzie młodzi, podejmujący życie na próbę, myślą choć trochę o nowym życiu, które z takiej próby może się począć? Zwykle wykluczają taką możliwość i robią wszystko, aby to życie się nie pojawiło. W rezultacie związek na próbę przybiera postać egoistyczną, skoncentrowaną tylko na swoim szczęściu i negatywnie nastawioną do nowego życia.

    Człowiek nie jest towarem, który kupuje się w markecie i który podlega zwrotowi. Prawdziwa miłość akceptuje człowieka takim, jaki jest i jeśli decyduje się na życie z drugą osobą – to na zawsze i bez żadnych zastrzeżeń. Na straży tego oblubieńczego związku mężczyzny i kobiety postawił Bóg przykazanie „Nie cudzołóż!”, a jako fundament dla tej miłości ustanowił sakrament małżeństwa. One stanowią oparcie i źródło dla prawdziwej miłości i szczęścia w małżeństwie i rodzinie.

    ks. Dariusz Salamon SCJ

    http://www.katolik.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ · MŁODZIEŻ · RODZINA
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    26 lipca Święci Anna i Joachim, rodzice Najświętszej Maryi Panny

    21 lipiec 2009 · 1 komentarz

    26 lipca
    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

     

    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    2607-anna_1

    Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

     2607-joachim_1Św. Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. Miał pochodzić z Galilei. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

     2607-anna_3Apokryficzna “Protoewangelia Jakuba” z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim będąc już w podeszłym wieku udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się, aby uprosić sobie u Pana Boga miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że modły jego zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, co wśród wielu znaczeń tłumaczy się także jako “pani”, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, oddali swą jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy córka miała 3 lata oddano ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.

    Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć jej rodziców. Już w wieku IV-V istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betsaida w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Istnieje on do dzisiaj. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor Św. Anny stanął w r. 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).
    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyborowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Nawiedził je papież Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej II pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.

     2607-anna_4Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził je w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Obchodzono je w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że ci rodzice istnieli i że należy im się cześć szczególna. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    2607-anna_2

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.

    http://www.brewiarz.katolik.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ · RODZINA
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    Wobec islamu LXXXIX

    20 lipiec 2009 · Dodaj komentarz

    Arabia Saudyjska

    W ostatniej części naszego cyklu „Wobec islamu” przyjrzymy się wybranym krajom arabskim i muzułmańskim. Naszą prezentację rozpoczniemy od Arabii Saudyjskiej, która powstała na obszarach będących kolebką islamu i gdzie do dziś znajdują się najważniejsze muzułmańskie miasta: Mekka i Medyna.

    Oficjalna nazwa kraju brzmi Królestwo Arabii Saudyjskiej (Al-Mamlaka al-Arabijja as-Su’udijja). Na powierzchni 2 149,7 tys. kilometrów kwadratowych, a więc prawie siedmiokrotnie większej niż Polska, żyje ok. 28,5 mln mieszkańców, z czego blisko 20 proc. to obcokrajowcy, zatrudnieni m.in. w przemyśle naftowym oraz usługach i rolnictwie. Szacuje się, że ok. 1 mln stanowią chrześcijanie, pochodzący głównie z Filipin. Saudyjczycy żyją przede wszystkim na wybrzeżu i w miastach, z których najważniejsze to wspomniane już święte centra islamu, Mekka i Medyna, oraz stolica państwa, Ar-Rijad, i ważny port saudyjski – Dżudda. Arabia Saudyjska jest dziedziczną monarchią absolutną. Na jej czele stoi król, do którego należy najwyższa władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Monarcha jest także najważniejszym przywódcą religijnym. Wyraźnym znakiem połączenia państwa i religii jest tytuł „Strażnik Dwóch Świętych Meczetów”, który od 1986 r. nosi król saudyjski.

    Początki współczesnego państwa saudyjskiego sięgają XVIII wieku, kiedy Muhammad Ibn Su’ud (1726-1765) podjął się jednoczenia plemion arabskich. Jako uczeń radykalnego reformatora religijnego Muhammada Ibn Abd al-Wahhaba (1704-1792), a następnie przywódca jego zwolenników, utworzył księstwo wahhabitów w Nadżdzie i stał się założycielem panującej do dziś dynastii saudyjskiej. Mimo iż ówczesne księstwo przestało istnieć w 1887 r., władzę dynastii saudyjskiej przywrócił Abd al-Aziz II as-Su’ud (zwany Ibn Saud, 1880-1953), którego uznaje się za twórcę Arabii Saudyjskiej. Na początku XX wieku nastąpiła ekspansja terytorialna, a wraz z nią dokonało się formowanie państwowości na podstawach określonych przez prawo muzułmańskie. W 1932 r. zmieniono nazwę państwa na Królestwo Arabii Saudyjskiej. Od 1945 r. Arabia Saudyjska jest członkiem ONZ.

    Położone nad Zatoką Perską i Morzem Czerwonym, ale w większości pustynne Królestwo Arabii Saudyjskiej, kojarzy się – z jednej strony – z bogactwem złóż ropy naftowej oraz rozwojem technologicznym, a z drugiej – z islamem i niezmienną od wieków tradycją. Można rzec, że ten rodzaj symbiozy jest cechą charakterystyczną niemalże całego Półwyspu Arabskiego. W Arabii Saudyjskiej islam przyjmuje jednak formę najbardziej radykalną. Wyraża się ona rygoryzmem prawa muzułmańskiego, którego przepisy przenikają wszystkie sfery życia mieszkańców (i to niezależnie od ich przynależności religijnej). Przykładem jest zakaz wykonywania jakichkolwiek niemuzułmańskich czynności kultowych. Wyznawcom innych religii nie wolno jawnie odprawiać nabożeństw, nosić symboli religijnych i korzystać z Ksiąg Świętych w miejscach publicznych. Poza tym w miejscach oficjalnych zakazane są m.in. tańce i muzyka (z wyjątkiem uroczystości zamkniętych, gdzie mężczyźni i kobiety bawią się osobno). Podział według płci obowiązuje również w miejscach i instytucjach publicznych, takich jak szkoły, banki, kawiarnie i restauracje. Oznacza to, że muszą tam istnieć oddzielne pomieszczenia dla mężczyzn i kobiet oraz rodzin. W Arabii Saudyjskiej istnieją również restrykcyjne przepisy dotyczące ubioru kobiet. Wszystkie, również niemuzułmanki i cudzoziemki, zobowiązane są do zakrywania głowy i noszenia długich czarnych peleryn. Podczas ramadanu obowiązuje w miejscach użyteczności publicznej post zakazujący od wschodu do zachodu słońca jedzenia, picia oraz palenia tytoniu. Kobiecie nie wolno prowadzić samochodu. Nad przestrzeganiem przepisów i zaleceń nadzór sprawuje specjalnie do tego celu powołana policja obyczajowa, której celem jest – jak mówi sama nazwa – „promocja cnoty i zapobieganie występkom”. Jej funkcjonariusze mają prawo do interweniowania, a nawet do zatrzymania w takich sytuacjach, jak na przykład: niewłaściwy strój, podejrzenie o spożywanie alkoholu czy noszenie niemuzułmańskich symboli religijnych. Kontrolą może być objęty mężczyzna przebywający z samotną kobietą w samochodzie lub miejscu publicznym. W sytuacji sam na sam mogą przebywać wyłącznie małżonkowie lub osoby, które łączy bliskie pokrewieństwo.

    Bardzo restrykcyjne są saudyjskie przepisy celne. Ścisły zakaz obejmuje przedmioty uznawane za sprzeczne z zasadami islamu. Oprócz broni, narkotyków, alkoholu i pornografii do Arabii Saudyjskiej nie wolno wwozić wieprzowiny i jej przetworów oraz nieislamskich dewocjonaliów i publikacji o innej niż muzułmańska tematyce religijnej (zakaz ten dotyczy m.in. krzyża i Pisma Świętego).

    W przypadku łamania zakazu artykuły są konfiskowane, a podróżny zostaje ukarany grzywną i wpisany na listę osób, które już nigdy nie otrzymają wizy wjazdowej. Przyłapanym na posiadaniu narkotyków grozi nawet kara śmierci. Wysokie kary, łącznie z więzieniem, grożą za spożywanie alkoholu. Surowej karze podlegają również praktyki homoseksualne.

    Bez wątpienia, dzięki dochodom z handlu ropą naftową podniósł się poziom życia saudyjskiej ludności. Jednak kraj ten nadal należy do najbardziej tradycyjnych w świecie islamu i pozostaje skrajnie radykalny w stosunku do niemuzułmanów.

    Adam Wąs SVD, Pieniężno

    http://www.oecumene.radiovaticana.org

    Kategorie: ARTYKUŁY
    Otagowane: , , , , , , , , ,

    Kazanie na górze – Benedykt XVI

    15 lipiec 2009 · 1 komentarz

    Jezus z Nazaretu - Benedykt XVIW Ewangelii Mateusza do historii kuszenia Jezusa dołączony jest krótki opis początku działalności Jezusa, przy czym Galilea jest wyraźnie nazwana “Galileą pogan” – zapowiedzianym przez proroków (zob. Iz 8,23; 9,1) miejscem, w którym wzejdzie “wielkie światło” (zob. Mt 4,15n). W ten sposób Mateusz reaguje na zdziwienie, że Zbawiciel nie przychodzi z Jerozolimy i Judei, lecz z krainy, którą uważano już za na pół pogańską. To właśnie, co w oczach wielu przemawia przeciwko mesjańskiemu posłannictwu Jezusa -Jego pochodzenie z Nazaretu, z Galilei – w rzeczywistości stanowi dowód Jego Boskiego posłannictwa. Gdy mówi o Jezusie, Mateusz od samego początku w na pozór najdrobniejszych szczegółach odwołuje się do Starego Testamentu. To, co w podanym przez Łukasza opisie drogi Jezusa z uczniami idącymi do Emaus jest sformułowane jako podstawowa zasada, bez wchodzenia w szczegóły (zob. Łk 24,25nn) – że mianowicie wszystkie Pisma do Niego się odnoszą – Mateusz usiłuje wykazać w odniesieniu do wszystkich szczegółów drogi Jezusa. Do trzech punktów pierwszego summarium działalności Jezusa (zob. Mt 4,12-25) będziemy musieli jeszcze powrócić. Jest tu w pierwszym rzędzie zapowiedź istotnej treści przepowiadania Jezusa, ujmującej całość Jego orędzia: “Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie” (4,17). Na drugim miejscu znajdujemy powołanie Dwunastu. Tym symbolicznym gestem, a zarazem konkretną czynnością, zapowiada tu i jednocześnie przygotowuje odnowę ludu 12 pokoleń, nowe zgromadzenie Izraela. Wreszcie widać tu od razu, że Jezus jest nie tylko Nauczycielem, lecz Odkupicielem całego człowieka: Jezus nauczający jest jednocześnie Jezusem uzdrawiającym.
    W ten sposób, paroma pociągnięciami pióra, w 14 wersetach (4,12-25), Mateusz kreśli przed swymi słuchaczami pierwszy obraz postaci i dzieła Jezusa. Następuje, zawarte w trzech rozdziałach, “Kazanie na Górze”. Cóż to takiego? W tej obszernej kompozycji dokonanej w formie mowy Mateusz przedstawia nam Jezusa jako nowego Mojżesza, i to w owym głębokim sensie, o którym mówiliśmy wcześniej, w związku z obietnicą proroka w Księdze Powtórzonego Prawa. Werset wprowadzający Mt 5,1 to coś daleko więcej niż tylko mniej lub bardziej przypadkowe ramy: “Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich…”. Jezus usiadł. To przejaw władzy nauczającego. Zajmuje miejsce na “katedrze”, jaką jest Góra Mojżesza. Później będzie mówił o rabinach, którzy zasiadają na katedrze Mojżesza i dlatego przysługuje im autorytet. Ich nauki należy słuchać i ją przyjmować, mimo iż ich życie od niej odbiega (zob. Mt 23,2). Sami nie są wprawdzie autorytetem, mają go jednak, ponieważ otrzymali go od kogoś innego. Jezus zasiada na “katedrze” jako Nauczyciel Izraela i Nauczyciel wszystkich ludzi. Bo, jak zobaczymy przy analizowaniu tekstu, słowem “uczeń” Mateusz nie zacieśnia kręgu adresatów tej mowy lecz rozszerza. Każdy, kto słucha Słowa i je przyjmuje, może się stać “uczniem”. W przyszłości wszystko będzie zależało nie od pochodzenia, lecz od słuchania i naśladowania. Każdy może zostać uczniem, powołanie jest powszechne. Tak więc w następstwie słuchania formuje się Izrael powszechniejszy, odnowiony – który nie wyklucza ani nie znosi starego, lecz prowadzi dalej, nadając mu wymiar uniwersalny.
    Jezus zasiada na “katedrze” Mojżesza, jednak nie jak nauczyciele, których do pełnienia tej funkcji przygotowała szkoła.
    http://angelus.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · BENEDYKT XVI · KOŚCIÓŁ
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    Dla poszukujących miłości – Gdy zostałeś porzucony – przeczytaj to pomoże Ci przetrwać

    13 lipiec 2009 · 1 komentarz

    samotnyKażdy, kto buduje nowy związek, bierze pod uwagę fakt, że więź z partnerem może się kiedyś skończyć. Oczywiście siła uczucia sprawia, że nie myśli się o tym przez cały czas. Ludzie rozstają się z różnych powodów: to, co ich łączyło, może nie być już tak silne lub życiowe drogi partnerów i ich cele, po prostu się rozchodzą. Ze wszystkich „zakończeń miłości” najtragiczniejsza jest jednak sytuacja, gdy zostajemy porzuceni. Jak nagle pogodzić się z tym, że opuściła nas osoba, która była dla nas całym światem i z którą wiązaliśmy niemal wszystkie nasze marzenia i plany?Co czują Porzuceni?
    Czasami przeczuwamy wcześniej, że w naszym związku nie wszystko jest na dobrej drodze lub partner wydaje się nie być z nami do końca szczęśliwy. Myślimy jednak, że to tylko chwilowe, bo przecież nasze uczucie jest tak wielkie, że nic nie może go zniszczyć. Często jednak porzucenie przychodzi nagle i niespodziewanie, jak burza w słoneczny, letni dzień. W każdym przypadku w odczuciach osoby porzuconej można jednak wyróżnić pewne etapy:

    1)      Szok i niedowierzanie. To zazwyczaj pierwsze uczucia pojawiające się wraz z informacją, że ukochana osoba postanowiła od nas odejść. Niektórzy ludzie, opisując to przeżycie mówią, że czują się tak, jakby cały ich świat był zbudowany ze szkła, które nagle zostało rozbite w drobne kawałki. Związek uczuciowy jest zazwyczaj opoką, wydaje się, że to jedna z najpewniejszych podstaw w naszym życiu. Trudno uwierzyć, że nagle runęło to, na czym opieraliśmy marzenia.

    2)      Wyparcie. Osoba porzucona odsuwa od siebie myśli o tym, co się wydarzyło. Stara się nie przeżywać emocji, chowa je głęboko w sobie, aż wydaje się jej, że przestały istnieć. Wyparcie należy do mechanizmów obronnych psychiki, chroniących nas przed ciągłym przeżywaniem silnych, nieprzyjemnych uczuć, związanych z konkretnym wydarzeniem. Należy jednak pamiętać, że proces ten nie trwa wiecznie: nadejdzie chwila, gdy wyparte problemy zaczną domagać się rozwiązania.

    3)      Zmienne nastroje. Częste zmiany stanów emocjonalnych to kolejny etap, przez który przechodzą porzuceni. Oczywiście ciągle jeszcze dużo jest złości i gniewu. Jeśli jednak minął już jakiś czas od porzucenia, są chwile, gdy odczuwa się radość. Dobre samopoczucie zostaje jednak zazwyczaj przerwane przez myśli o tym, co się wydarzyło. Niektóre osoby starają się ukrywać swój gniew, gdyż wiedzą, że częste zmiany nastrojów mogą być nieprzyjemne dla otoczenia. Jednak ukrywanie gniewu nie powoduje jego zniknięcia.

    4)      Zrozumienie i akceptacja. To późny etap i wymaga pracy nad swoimi emocjami – często z pomocą bliskiej osoby lub terapeuty. Zrozumienie polega na przyjęciu, że ukochana niegdyś osoba miała prawo nas opuścić, niekoniecznie dlatego, że nie byliśmy dla niej zbyt dobrzy lub jesteśmy niegodni czyjejś miłości. Parter mógł dokonać takiego wyboru z różnych powodów, co nie powinno wiązać się z naszą samooceną. Tuż po porzuceniu może wydawać się, że zrozumienie i akceptacja nigdy nie będą możliwe, ale tak naprawdę tylko dzięki nim można odzyskać wewnętrzną równowagę i radość życia;

    5)      Wybaczenie. To, kiedy się ono pojawi i czy w ogóle do niego dojdzie zależy od sytuacji i dynamiki uczuć danej osoby. Czasami pojawia się dopiero po wielu latach. Jest to wewnętrzny proces, nie można go przywołać lub wymusić. Jednocześnie przynosi to wielką ulgę, jest pewnym odzyskaniem samego siebie i szczęścia, nie tylko dla osoby, której się przebacza, ale i dla przebaczającego.

     

    O czym powinieneś pamiętać, jeśli zostałeś porzucony?

    Niewątpliwie każdy ból jest inny. Dużo zależy od wrażliwości danej osoby i siły relacji, która została zerwana. Są osoby, które będąc porzucone przez bliską osobę, cierpią kilka tygodni, inne natomiast latami rozpamiętują stratę. Niezależnie od sytuacji, istnieje kilka wskazówek, które mogą w swoim życiu zastosować wszyscy porzuceni. Oto one:

        *
          Przyznaj, że Cię zraniono. Udawanie, że jesteś „człowiekiem ze stali” i nic nie może Cię dotknąć nie ma najmniejszego sensu. Porzucenie wywołuje zawsze silne emocje i musisz je przeżyć, by móc się z nimi pożegnać. Nie pokazujesz przez to słabości, a w Twoim otoczeniu na pewno znajdą się empatyczne osoby, które, znając Twoją sytuację, udzielą Ci wsparcia. Postaraj się nie wypierać faktów, chociaż zapewne są one dla Ciebie bardzo bolesne. Im dłużej będziesz jednak żył w iluzji, tym trudniej będzie Ci wyjść z trudnej sytuacji i jeszcze bardziej podsycisz swoje cierpienie;
        *
          Nie trzymaj emocji w sobie. Pamiętaj, że nie ma złych i dobrych uczuć. Ukrywanie tego co czujesz nie sprawi, że przykre emocje znikną, lecz prawdopodobnie jeszcze bardziej się nasilą. Smutek i gniew są typowe dla ludzi, nie musisz się bać, że ich wyrażanie wpłynie na Ciebie negatywnie, a bliskie osoby na pewno okażą Ci zrozumienie;
        *
          Znajdź wsparcie u przyjaciół i rodziny. Pamiętaj, że przyjaciele są Twoją największą siłą, zwłaszcza w trudnych sytuacjach. Nie unikaj spotkań z ludźmi, których lubisz i z którymi przebywanie sprawia Ci radość: to właśnie oni są w stanie przyczynić się do poprawy Twojego samopoczucia;
        *
          Nie chowaj urazy i nie mścij się. Chęć zemsty wynika z wewnętrznego poczucia zagubienia i niesprawiedliwości. Zemsta jednak tylko przyczyni się do pogorszenia Twojego stanu emocjonalnego. W tej trudnej sytuacji liczy się przede wszystkim Twoje dobro. Ciągłe noszenie w sobie urazy lub nienawiści sprawi, że nie będziesz dostrzegał pozytywnych wydarzeń w Twoim życiu i trudno będzie Ci odnaleźć radość w codzienności. Zemsta najczęściej kieruje swoje negtywne działanie w kierunku osoby, która ją stosuje;
        *
          Nie trać zaufania do ludzi.  Jest ono czymś niezwykle kruchym: wystarczy, że raz zrani nas ważna dla nas osoba, a powstały przy tym żal i ból sprawiają, że boisz się zaufać na nowo. Jest to ryzyko i pewnego rodzaju gra: jeśli w nią nie zagrasz, to prawdopodobnie nikt Cię nie skrzywdzi, ale w ten sposób droga do szczęścia będzie dla Ciebie zamknięta. Bliskości i intymności z drugim człowiekiem będących kwintesencją życia, nie można osiągnąć bez zaufania. Możesz być ostrożny, ale pamiętaj, że nie wszyscy ludzie kierują się złymi intencjami: są tacy, którym można uwierzyć;
        *
          Planuj swoją przyszłość. Postaraj się odrzucić przekonanie, że wszystko, co dobre, już się skończyło. Ciągle jeszcze kierujesz swoim życiem i masz szansę sprawić, by nie było ono szare i nudne. Bierne oczekiwanie na cud nic nie da, musisz wziąć stery w swoje ręce. Żyj aktywnie i rób to, co lubisz. Rozwijaj dotychczasowe zainteresowania i znajduj nowe. Kiedy będziesz zajmował się czymś, co naprawdę Cię absorbuje, wtedy z pewnością docenisz samego siebie.

    Nieszczęście nigdy nie trwa wiecznie. Ważne, by podjąć pracę nad sobą i znaleźć swoje wewnętrzne poczucie radości. Nie można uniknąć złych sytuacji w życiu, ale to dzięki nim stajemy się silniejsi i odkrywamy prawdę o sobie. Dotychczasowe doświadczenia przygotowują nas do nowej drogi. Być może także do nowej miłości.

     

    *W artykule wykorzystano informacje z książki pt. „Jak pogodzić się z rozstaniem” autorstwa Webb Dwight (Wydawnictwo Zielona Sowa 2007 r).

    Artykuł pochodzi z Poradnika w Serwisie Doboru Partnerskiego dla wymagających www.MyDwoje.pl

    http://www.wstroneojca.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · MŁODZIEŻ · RODZINA
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    PIELGRZYMKA JEST OBRAZEM CHRZEŚCIJAŃSKIEJ RADOŚCI

    13 lipiec 2009 · 1 komentarz

    Iwona Zduniak- Urban

    O idei pielgrzymowania oraz przygotowaniach do XXIX Pieszej Podlaskiej Pielgrzymki na Jasną Górę mówi jej kierownik – ks. Piotr Wojdat.

    Już niecały miesiąc dzieli nas od kolejnego wyjścia pielgrzymów na trasę…

    Rzeczywiście. Tegoroczna pielgrzymka, przebiegająca pod hasłem „Ja Jestem Życiem”, rusza już 31 lipca.

    Do czego nawiązuje to hasło?

    To słowa Jezusa. 29 pielgrzymka podlaska ukierunkowuje na temat życia. Jest to, można powiedzieć, odpowiedź na wielki szum, jaki wytworzył się w ostatnich miesiącach wokół kwestii aborcji, eutanazji, zapłodnienia in vitro… Młodzi ludzie są bombardowani w mediach zarzutami przeciwko Kościołowi i jego stanowisku co do życia. Czas, żeby wyjaśnić te zagadnienia. Będą one odkrywane przez kapłanów ze strony teologicznej, a przez zaproszonych lekarzy – z medycznej. Przygotowywane konferencje mówią o kwestii życia ludzkiego, życiu wiecznym.

    Czy wiadomo już, ile osób weźmie udział w pielgrzymce?

    Takie informacje znane są dopiero po jej rozpoczęciu. Sądzę jednak, że nie będzie mniej osób niż w roku poprzednim, bo już teraz zainteresowanie jest duże. Chętnych dowiedzenia się więcej odsyłam do strony internetowej www.pielgrzymka-podlaska.sacro.pl.

    Na pielgrzymki chodzą częściej młodzi czy starsi?

    Co roku wzrasta udział młodzieży – im jest łatwiej, bo mają wakacje. Ale, ku mojej radości, pielgrzymuje też coraz więcej osób dorosłych, którzy albo nigdy nie wyruszyli na pątniczy szlak, albo po latach wracają do pielgrzymowania i idą z całymi rodzinami.

    Co ich skłania do powrotu na pielgrzymkowy szlak?

    Polska znana jest z tradycji pielgrzymowania. Ci, którzy uczestniczyli, wspominając swoje przeżycia, zaznaczają, że pielgrzymka pozwoliła im inaczej popatrzeć na życie i wiarę, że w zagubionym świecie jest ona momentem duchowego odpoczynku.

    Pamiętam mężczyznę mającego około 50 lat, który przez kilka lat odwiedzał pielgrzymującą żonę, usprawiedliwiając się, że ma tyle pracy, że nie może iść razem z nią. Aż w końcu zdecydował się wyruszyć. Już w połowie trasy deklarował, że za rok, jeżeli zdrowie mu pozwoli, pójdzie na pewno, bo doświadczenie pielgrzymowania pozwoliło mu na nowo odkryć wartość tych, z którymi żyje.

    Często również młode pokolenie decyduje się wstąpić na pielgrzymkowy szlak za namową starszego kolegi lub koleżanki…

    Młodzi ludzie, opowiadając, że warto pójść na pielgrzymkę, stanowią jej swoistą reklamę. Nie ma lepszej zachęty, jak świadectwo kolegi czy koleżanki. Młodzi co roku zapraszają swoich znajomych, pociągają tych, którzy często boją się podjąć wyzwanie, bo najtrudniejszym momentem jest przezwyciężenie własnych obaw i lęków.

    Jednak nie wszyscy, którzy chcieliby pójść na pielgrzymkę, mogą w niej uczestniczyć. Przeszkodą jest chociażby niepełnosprawność…

    Istotnie, ale to też nie stanowi bariery nie do pokonania. Grupa warszawska przystosowana jest bowiem specjalnie dla osób, które np. poruszają się na wózkach inwalidzkich. Mają one zapewnioną na trasie szczególną opiekę.

    Ewentualnością jest też pielgrzymowanie duchowe…

    Tak. Możliwość tę praktykuje się już od wielu lat. To forma pielgrzymowania dla ludzi, którzy w żaden sposób nie mogą wyruszyć. Trzeba jednak podkreślić, że jeżeli ktoś mógłby pójść, a nie czyni tego, to pielgrzymka duchowa nie jest dla niego.

    Duchowo pielgrzymuje z nami bardzo wielu ludzi chorych, np. przykutych do łóżek, ale nie tylko. Są również osoby, które opiekują się kimś bądź praca uniemożliwia im fizyczne bycie na szlaku. Pielgrzymi ci, za pośrednictwem transmisji radiowych czy własnych modlitw, łączą się z pątnikami duchowo i przeżywają ten czas z intencją – prośbą, dziękczynieniem czy błaganiem – tak, jak jest to czynione na pielgrzymce.

    Co roku mamy potwierdzonych około 5 tysięcy pielgrzymów duchowych, którzy przysyłają deklaracje uczestnictwa. Szacujemy więc, że w tę formę pielgrzymki włącza się ponad 20 tysięcy osób.

    Pielgrzymi duchowi, choć nie jest to koniecznością, wspierają pielgrzymkę również ofiarą pieniężną.

    Rzeczywiście, ale to nie warunek. Ofiara, owszem, jest konieczna, ale przede wszystkim duchowa, czyli modlitwa za pielgrzymów. Czasami jednak pielgrzymi duchowi decydują się wesprzeć pielgrzymkę ofiarą pieniężną i wtedy pieniądze mogą być przeznaczone na opłatę za osobę, której nie stać na wpisowe. Mimo że koszt pielgrzymki nie jest wielki (80 zł plus powrót), zdarzają się takie sytuacje. Chcę jednak podkreślić, że pielgrzymka nie jest uzależniona od pieniędzy! Wystarczą chęci.

    Szlak pielgrzymkowy jest sprawdzianem wytrzymałości, cierpliwości i wiary… Jak Ksiądz zachęciłby osoby, które wahają się, czy podjąć wyzwanie?

    Warto popatrzeć na swoje życie, by dostrzec, jak wiele jest spraw, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Pielgrzymka stanowi wielką pomoc, bo pielgrzymowanie to kroczenie do miejsca świętego, w którym w sposób szczególny działa Pan Bóg. Nie chodzi jednak o to, by handlować czy targować się z Nim – „Ja Tobie, Boże, dwa tygodnie zmęczenia, a Ty mi dasz to, o co Cię proszę”. Pielgrzymka jest wpatrywaniem się w Matkę Najświętszą, Jezusa i uczeniem się, choćby od Maryi, posłuszeństwa w wierze. Idąc na pielgrzymkę, przeżywając trud i zmęczenie, uczę się przyjmować z godnością to, co Bóg mi daje.

    Jak pątnicy zmierzający na Jasną Górę radzą sobie z chwilami słabości czy zniechęcenia? Bo z pewnością takowe się zdarzają.

    Pielgrzymka pomaga dostrzec wspólnotę. Na trasie, patrząc na drugą osobę, łatwiej człowiekowi wyzwolić w sobie życzliwość do innych, co ujawnia się w prozaicznych sytuacjach, np. kiedy ktoś, bez oczekiwania niczego w zamian, proponuje: „Siostro, wezmę twój plecak i pomogę ci go nieść…”. Ta osoba, dając plecak, z pełnym zaufaniem powierza swoje rzeczy osobiste…

    Wszechobecna życzliwość pomaga przezwyciężyć obawy i lęki osobom, które decydują się wyruszyć na trasę, bo idąc na pielgrzymkę, mam pewność, że nie będzie takiej sytuacji, w której zostałbym sam…

    Czy pielgrzymi mogą liczyć również na osoby, które mijają po drodze?

    Zdecydowanie tak, bo pielgrzymka wyzwala także wielkie dobro u tych, którzy nas przyjmują. Ludzie dobrowolnie wynoszą kanapki, napoje czy owoce, a w zamian proszą o modlitwę, przekazują intencje duchowe. Polecając nam siebie, w pewien sposób pielgrzymują razem z nami, co daje bardzo piękne świadectwo wiary. Dokonuje się tu wielka wymiana darów duchowych z materialnymi. A zatem pielgrzym to ktoś, kto idzie i ma świadomość, że nic mu się nie należy, a mimo to doświadcza pięknej, bezinteresownej pomocy bliźnich.

    W czym tkwi klucz pielgrzymowania i co sprawia, że ludzie niezmiennie deklarują, że za rok też wyruszą?

    Przeważnie jest tak, że jak ktoś zacznie pielgrzymować, to ciągnie to przez lata. Wyjątek stanowią osoby, którym np. zdrowie na nie pozwoli na wyruszenie na pątniczy szlak, ale wtedy tym bardziej zachęcamy do pielgrzymowania duchowego.

    Co jest takiego w pielgrzymce? Myślę, że zabiegany człowiek tęskni za momentem zatrzymania się właśnie po to, by odbyć wędrówkę w głąb siebie, odkryć własną słabość i skonfrontować to z Matką Najświętszą i Jezusem, by zacząć solidną pracę nad sobą.

    Człowiekowi ciągle wmawia się, że każdy ma prawo do osobistego szczęścia, a tak naprawdę tkwi ono w dawaniu siebie innym. Myślę, że ludzie tęsknią za takim życiem, w którym jest życzliwość, nie ma gniewu i zawiści, gdzie człowiek walczy ze swoim egoizmem. Na pielgrzymkę nie idą przecież ludzie święci, ale ci, którzy szukają odpowiedniej drogi w życiu. Pielgrzymka, mimo że ma charakter religijno-pokutny, wzbogacona jest w piękne śpiewy, które sprawiają, że cała trasa staje się obrazem chrześcijańskiej radości. Myślę, że to właśnie pociąga ludzi.

    opr. aw/aw

    http://www.opoka.org.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ · MŁODZIEŻ · RODZINA · WIADOMOŚCI
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    Jezus i judaizm

    13 lipiec 2009 · 2 komentarzy

    Z ks. prof. Romualdem Jakubem Wekslerem-Waszkinelem rozmawia Ryszard  Montusiewicz

    Przed kilkunastoma dniami wrócił ksiądz z Izraela. To była kolejna podróż, ale podobno miała nieco inny charakter?

    Od 1992 r. kiedy dowiedziałem się, jak nazywała się moja żydowska rodzina, i Opatrzność sprawiła, że okazało się, że żyją w Izraelu rodzony brat i rodzona siostra mojego ojca, Zwi Weksler i Rachela, Roza jak ją nazywali, Sargowicz, z domu Weksler, jeździłem do Izraela co roku, do 1998. Później zmarł mój stryj, a ciocia umarła wcześniej, i już tam nie jeździłem. Dopiero w 2006 r., specjalnie na czterdziestolecie mojego kapłaństwa, pojechałem do Abu Gosh koło Jerozolimy, to jest opactwo benedyktyńskie. A ponieważ znałem osobiście opata Jean’a Baptiste’a Guriona, który w 2002 r. został biskupem, przy patriarchacie łacińskim jerozolimskim, jako wikariusz dla kościoła języka hebrajskiego, więc czułem szczególną więź właśnie z tym opactwem. Pojechałem specjalnie na 40-lecie kapłaństwa, zarazem na grób biskupa Guriona, który jest pochowany w opactwie Abu Gosh. I to był pierwszy pobyt od 1998 r. Teraz zaś pojechałem w związku z planami dalszymi.

    Jakie to są plany?

    Są dwa aspekty tego planu. Moi żydowscy rodzice, zwłaszcza matka, byli syjonistami. Marzeniem ich było zamieszkanie w Izraelu. Ich marzenia spłonęły w Sobiborze. Ponieważ Opatrzność pozwoliła mi dożyć tego wieku, którego dożyłem, jestem emerytem, to mógłbym przynajmniej parę lat pobyć w Izraelu — i to jest aspekt syjonistyczny. Ale dla kapłana, dla księdza katolickiego, syjonizm nie jest sprawą pierwszorzędną.

    Aspekt drugi wiąże się z tym, co odczuwam w moim Kościele, czyli w Kościele w Polsce — są to pewne skorupy antyjudaizmu, co mnie bardzo boli i z którymi nie umiem sobie zupełnie poradzić. W związku z tym chcę przeżyć słowa, które Jan Paweł II powiedział podczas swojej wizyty w Niemczech: „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”. Później abp Gądecki nawet wydał książkę pod takim tytułem, kiedy był przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem.

    Stąd właśnie moja podróż do Izraela i ewentualnie pobyt w Izraelu, nie wiem, na jak długo. Bo psychicznie Polska jest moją ojczyzną — ja nigdy psychicznie z Polski nie wyjadę, ani Polska ze mnie, to jest przecież zrozumiałe. Moim językiem, wszystkim, co mam w sobie jest polskość. Moi rodzice, tak polscy, jak i żydowscy byli Polakami. Żydowscy rodzice byli polskimi Żydami, żeby się komuś nie kojarzyło, ze Żyda miejsce jest w Izraelu, nie — Żydzi mają swoje miejsce w Polsce. I tu jest moje miejsce. Zostałem uratowany przez Polaków nie po to, aby wyjechać do Izraela, tylko po to, żebym był w Polsce. Jestem księdzem katolickim w Polsce. Ale jeżeli bym mógł, na znak protestu wobec skorup, o których wspomniałem, a jednocześnie dla pogłębienia więzi z Chrystusem, pobyć tam tyle czasu, ile Pan Bóg pozwoli? Może na zawsze, nie wiem… Kiedy byłem teraz w Izraelu, od 12 do 22 czerwca, byłem również w Jerozolimie i w obecności głównego rabina Polski Michela Schudricha, włożyłem w Ścianę Zachodnią, Kotel — nie lubię określenia Ściana Płaczu, wolę mówić o „Ścianie Dziękczynienia”, bo jest to de facto obecnie „Ściana Dziękczynienia” — modlitwę, w której są słowa, których nauczył nas Pan Jezus: „bądź wola Twoja”.

    Ja niczego tam nie chcę dla siebie, chciałbym, żeby moje życie kapłańskie było coraz bliższe korzeni chrześcijaństwa, niczego więcej, niczego bardziej. „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”. Ja w moim kapłaństwie spotkałem, niestety, bardzo dużo antyjudaizmu.

    Czy to znaczy, że jeżeli ktoś w spotkaniu z Jezusem nie spotkał judaizmu, to faktycznie nie spotkał egzystencjalnie Jezusa, czy to spotkanie z Jezusem było jak gdyby niepełne? Dotyczy to także kapłanów?

    Było niepełne… Antyjudaizm spotykam, niestety, na stronach Biblii Tysiąclecia, w mszale, w brewiarzu, w pieśniach kościelnych, w obrzędowości, w różnym wodzeniu „judosza” i w pasjach, gdzie ci Żydzi jak straszydła są przedstawiani w Kalwarii Zebrzydowskiej — ileż razy już mówiono: bronimy tego jak niepodległości. Czego my bronimy? Zaskorupiałych struktur, które były bardzo złe, zaowocowały ostatecznie nienawiścią, która przyniosła straszliwe ofiary? Więc ja nie rozumiem tego, właśnie to mnie niejako zupełnie zatyka… ponieważ ja bardzo głęboko przeżywam moją tożsamość żydowską z Jezusem. Mówię o tym, że jestem Żydem od Jezusa, żeby podkreślić, że Jezus jest synem Izraela, że tu jest Jego pełny wyraz. Więc ja nie wiem, co to znaczy, że wielu kapłanów, że wielu katolików przeżywa judaizm, jako wrogość wobec Kościoła i Jezusa Chrystusa i tego wszystkiego, co jest katolickie.

    A może ktoś „spotyka Jezusa”, ale poza kontekstem judaizmu? Czy to możliwe?

    Ja bym powiedział, że spotkanie Jezusa poza kontekstem judaizmu jest spotkaniem z Jezusem jakoś zdeformowanym, niepełnym. Dokument Stolicy Apostolskiej z roku 1985 w rozdziale „Żydowskie korzenie chrześcijaństwa” stwierdza: „Jezus jest Żydem, jest nim na zawsze”. Bądźmy świadomi tego, że doktryna chrześcijańska była formowana w kulturze grecko-rzymskiej, gdzie wypłukano ją z kontekstu hebrajskiego, w którym ona znajduje swoją pierwotną kolebę. I w takim sensie to, co nazywamy cywilizacją łacińską — o czym pisze prof. Tadeusz Zieliński, a za nim Feliks Koneczny — to jest antyjudaizm czystej wody i naprawdę nie ma nic wspólnego z korzeniem chrześcijaństwa. To jest herezja marcjonizmu, głoszenie jakichś dwóch „testamentów” — o Bogu Starego i Nowego Testamentu, to jest nieznajomość prawdy biblijnej, to jest nieznajomość korzenia. Mówił o tym wprost Jan Paweł II w przemówieniu do Papieskiej Komisji Biblijnej, 11 kwietnia 1997 r.

    Zatem, znajomość judaizmu, w czym może pomóc współczesnemu kapłanowi katolickiemu?

    Przede wszystkim, w interpretowaniu tego, co się nazywa Nowym Testamentem: dlatego że cała interpretacja słów Jezusa, świętego Pawła, wszystkich apostołów, wymaga przecież kontekstu judaizmu, wewnątrz którego dokonywało się całe nauczanie. O tym mówią współczesne dokumenty Stolicy Apostolskiej, z 1974 i 1985 („Żydzi i judaizm w głoszeniu Słowa Bożego”). Wyraźnie pokazują, w jakim środowisku powstawały ewangelie i pisma apostolskie. Święty Paweł jest uczniem Gamaliela, więc chodzi o to, żeby jego słowa nie wkładać w kontekst, który był mu zupełnie obcy. Uważam, że studia teologiczne muszą bardziej nachylić się w kierunku zrozumienia judaizmu, żeby przybliżyć się do słów Jezusa. To jest zupełnie zasadnicza i fundamentalna sprawa.

    Za mało zwraca się uwagi, że tam, w każdym zdaniu w Starym Testamencie jest obecność właśnie Jezusa. To wszystko, co jest istotą nauczania, ten głos Ewangelii powinien rozlegać się poprzez strofy Księgi Ojców — ja bardzo lubię tak ją nazywać, nie Starym Testamentem, bo ani on „stary”, ani „testament”, ani „pierwszy testament”, tylko Księga Ojców, po prostu. Więc ta Księga Ojców jest zupełnie zasadnicza do zrozumienia Dobrej Nowiny, która mówi: „Nie przyszedłem znieść Prawa ani Proroków, nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”. Dalej: „Ani jedna kreska, ani jedna jota nie zmieni się w zakonie, aż się wszystko wypełni”, oraz „każdy, kto będzie inaczej nauczał będzie najmniejszy w królestwie”. Więc co w związku z tym? Jaka dyscyplina teologiczna o tym traktuje? Czasami przywołuje się słowa Jezusa, mówiąc, że chrześcijaństwo jest wypełnieniem judaizmu, my to wypełniliśmy. Otóż, my nie wypełniliśmy, to się dokonało w Jezusie Chrystusie, a my, z wielkim trudem, uczymy się wciąż na nowo żyć Jezusem Chrystusem. Uważam, że kwestią zupełnie podstawową jest znajomość judaizmu, znajomość Biblii, czyli Księgi Ojców, Biblii hebrajskiej. Ona jest kolebką, w której powinna się rodzić znajomość Jezusa Chrystusa, świętego Pawła, Dziejów Apostolskich — wtedy to będzie chrześcijańska teologia judaizmu.

    Chrystus jest zanurzony w judaizmie. O tym także mówili, wielokrotnie, w czasie swego pontyfikatu, i Jan Paweł II, i Benedykt XVI. Czy takie odczucie jest powszechne?

    To wszystko, na co wskazał Benedykt XVI podczas ostatniej pielgrzymki do Ziemi Świętej, było wyraźnym pokazaniem tej świadomości. Chociażby pożegnalne przemówienie na lotnisku w Tel Awiwie, kiedy wspomniał o winnej latorośli, którą razem z izraelskim prezydentem Szymonem Peresem posadził w ogrodzie i gdy przypomniał słowa świętego Pawła: „Nie ty podtrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie”. Dopiero kiedy zrozumiemy, że ta dziczka wszczepiona w korzeń żyje wtedy, kiedy żyje sokami szlachetnej oliwki Izraela, czyli Księgą Ojców, dopiero wtedy tak naprawdę zbliżamy się do rozumienia nauczania świętego Pawła. Całą tajemnicę Boga, którą głoszą Księgi Ojców, możemy w Jezusie Chrystusie niejako dotknąć, możemy to przeżyć, w Eucharystii możemy wreszcie się w tym zanurzyć. To jest ta cała głębia, która powinniśmy usiłować poznać i do tego się przybliżyć.

    Do tego zaprasza, czy wręcz zobowiązuje nas Sobór Watykański II, zwłaszcza w IV rozdział deklaracji Nostra aetatae, w słowach: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór pamięta (a dosłowniej: przypomina) o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z dziedzictwem Abrahama”.

    Czy się przybliżamy to tej prawdy? I na ile, skoro nowy polski zapis modlitwy wielkopiątkowej za Żydów wciąż budzi kontrowersje?

    Ten zapis nie przybliża nas, niestety. Przykro mi to powiedzieć. Nowa formuła tej modlitwy brzmi: „naród pierwszego wybrania”. Nie naród — doprawdy! Tam, przede wszystkim, zarówno w tekście oryginalnym, jak i w przekładach na inne języki, nie ma terminu „naród”, ale „lud”. Lud wybrany. W innych przekładach to rozróżnienie lud — a nie naród — jest bardzo wyraźnie zaznaczone. Nie wiem, dlaczego polscy tłumacze uparli się przy terminie naród, który w istocie niesie zupełnie inne konotacje. Słowo naród wywodzi się od ethnos, to jest relacja profanum, to jest relacja społeczno-polityczna, która jest naturalną więzią narodów, które powstają, giną itd. Podczas gdy takiej relacji przeciwstawiony jest w Biblii termin Laos, to znaczy „lud Boży, zgromadzenie Boże”, w sensie sacrum. W tym biblijnym kontekście widzę również swoje kapłaństwo — nie jako pasterza jakiegokolwiek narodu, ale ludu Bożego, który jest w drodze.

    Ks. Romuald Jakub Weksler – Waszkinel (1943) urodził się w getcie w Starych Święcianach koło Wilna. Uratowany jako niemowlę przez Piotra i Emilię Waszkinelów. W wieku 17 lat wstąpił do Warmińskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Olsztynie. W 1966 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Doktor filozofii na KUL i wieloletni wykładowca tej uczelni. Miał 35 lat, gdy dowiedział się o swoim żydowskim pochodzeniu. Rodzinę w Izraelu znalazł dzięki siostrze Klarze Jaroszyńskiej z Lasek, Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Wtedy ks. Romuald Waszkinel do swojego nazwiska dodał także imię i nazwisko swojego żydowskiego ojca: Jakub Weksler.

    W tym roku, po długich staraniach, ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel uzyskał zgodę władz Izraela na dwuletni przyjazd do tego kraju. Nie uzyskał jednak obywatelstwa tego kraju, ponieważ Izrael niezmiennie odmawia prawa alii, czyli „powrotu do kraju przodków” tym Żydom, którzy przeszli na chrześcijaństwo.

    http://www.opoka.org.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ
    Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

    POD OPIEKĄ MARYI

    13 lipiec 2009 · 2 komentarzy

    Kinga Ochnio

    - Zaczynam pełniej rozumieć, iż radość dzielona z innymi jest większa, a krzyż we wspólnocie lżejszy – mówi pani Jadwiga, która przyznaje, że przynależność do Legionu Maryi zapoczątkowała bardziej dojrzały etap jej życia.

    Jest rok 1921. Młody pracownik irlandzkiego ministerstwa finansów Frank Duff wpada na pomysł, aby znaleźć nową i skuteczną formę apostolstwa. 7 września w wigilię Narodzenia Matki Bożej organizuje w Dublinie spotkanie. Przybywa na nie 15 osób. Podczas zebrania wszyscy najpierw wzywają Ducha Świętego, następnie odmawiają różaniec, a na koniec postanawiają, że będą chodzić po dwie osoby na wzór apostołów, aby odwiedzać chorych. Planują też wspólne zebrania w każdym tygodniu. To spotkanie dało początek istnienia Legionu Maryi, stowarzyszenia skupiającego osoby świeckie.

    Do Polski Legion dotarł dzięki Anatolowi Kaszczukowi, więźniowi obozu w Kozielsku, oficerowi artylerii, później lotnictwa, walczącemu w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Po zakończeniu wojny wstąpił on do nowicjatu dominikanów w Cork w Irlandii, gdzie zapoznał się z ideą ruchu. Po powrocie do kraju, w 1948 r. założył pierwsze prezydium w Ostródzie, a następne w Lublinie. Niedługo potem, w 1950 r. Legion Maryi, jak wszystkie stowarzyszenia katolickie, musiał zawiesić swoją działalność ze względu na represje władz komunistycznych. Dopiero w latach osiemdziesiątych, za pontyfikatu Jana Pawła II, Legion mógł zacząć normalnie się rozwijać.

    Jego zadaniem stało się docieranie do wierzących i niewierzących, szerzenie kultu Matki Bożej i głoszenie Ewangelii. Dziś stowarzyszenie podejmuje czynny apostolat w 163 krajach na wszystkich kontynentach świata, a jego założyciel jest kandydatem na ołtarze.

    Czynny apostolat

    Członkowie Legionu Maryi realizują Chrystusowy nakaz głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu. Legioniści zachęcani są do praktykowania prawdziwego nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny według św. Ludwika Marii de Montfort, na którym swoje nabożeństwo do Maryi wzorował również Ojciec Święty Jan Paweł II. Włączają się oni w prace Kościoła, dając wyraz temu, że Kościół to nie tylko hierarchia, lecz także wszyscy wierni.

    W Legionie funkcjonują członkowie aktywni i pomocniczy. Ci pierwsi prowadzą apostolstwo przez kontakt osobisty, zwłaszcza wobec osób najbardziej oddalonych od Kościoła. Praca członków aktywnych polega na docieraniu do coraz szerszych kręgów ludzi, poprzez niesienie im wsparcia duchowego czy też rozmowy na tematy religijne. Legioniści w ramach apostolatu odwiedzają również samotnych i chorych w szpitalach, domach opieki czy też schroniska dla nieletnich, pomagają w parafiach, rozprowadzają prasę i książki katolickie oraz prowadzą grupy dziecięce i młodzieżowe Legionu. W czasie odwiedzin apostolskich zachęcają do wspólnej modlitwy i rozdają Cudowne Medaliki.

    Członkowie aktywni uczestniczą w cotygodniowych zebraniach Prezydium, trwających nie dłużej niż 1,5 godziny, które zaczynają się zawsze modlitwą. Po niej składane są sprawozdania z wykonanej pracy apostolskiej i przyjmowane zadania na kolejny tydzień. Legioniści zobowiązani są do całkowitej tajemnicy. Każdy czynny Legionista zobligowany jest do wykonania dwóch godzin tygodniowo pracy apostolskiej wyznaczonej mu przez Prezydium. Zadania może wyznaczać tylko duszpasterz. Natomiast członkowie pomocniczy mają obowiązek modlitwy w intencji rozwoju Legionu Maryi i uczestniczenia w zebraniach raz w miesiącu. Członkiem stowarzyszenia może być każdy, niezależnie od wieku, wykształcenia, wykonywanego zawodu czy posiadanej wiedzy religijnej.

    Znakiem ruchu jest vexillium, wzorowany na proporcach rzymskich legionów. Na miejscu orła rzymskiego znajduje się gołębica – symbol Ducha Świętego, a na poprzecznej tabliczce napis „Legio Mariae”. Poniżej jest wizerunek Niepokalanej.

    W 1995 r. Legion zorganizował ogólnopolską pielgrzymkę na Jasną Górę. Od tamtego czasu coroczną tradycją stało się pielgrzymowanie w drugą sobotę września legionistów, ich rodzin i sympatyków do tronu Królowej Polski.

    Tak mnie skrusz, tak mnie złam

    Aktualnie Legion działa w 23 diecezjach, skupiając prawie 6 tys. członków aktywnych oraz niespełna 20 tys. członków wspomagających. W diecezji siedleckiej funkcjonuje w 30 parafiach i liczy ogółem 870 legionistów, w tym 315 członków czynnych. Kierownikiem duchowym Komicjum, najwyższej rady LM, jest w diecezji ks. kan. Jan Czapski, proboszcz parafii Świętej Trójcy w Radzyniu Podlaskim. Do tego samego Komicjum należy też Jadwiga Panasz.

    O stowarzyszeniu dowiedziała się po raz pierwszy 8 lat temu, gdy na niedzielę informacyjną do parafii przyjechał ksiądz z Legionu. – Na spotkaniu usłyszałam, że trzy miesiące trwa okres przygotowawczy, w czasie którego można przyjrzeć się działalności ruchu – wspomina pani Jadwiga. – Czułam potrzebę zaistnienia w tym świętym, apostolskim, powszechnym Kościele – wyznaje. Choć wcześniej Bóg był na pierwszym miejscu w życiu pani Jadwigi, często musiał ustępować życiu rodzinnemu i zawodowemu. Dopiero przejście na emeryturę spowodowało, że pojawiło się trochę więcej czasu, który kobieta postanowiła spożytkować na działalność w ruchu religijnym.

    Dziś potwierdza, że przynależność do Legionu pomogła jej przetrwać najtrudniejsze chwile w życiu. Modlitwa towarzyszyła jej, kiedy umarł mąż i jeszcze wcześniej, gdy syn zginął w wypadku. Pani Jadwiga dobrze pamięta ten dzień. – Byłam na rekolekcjach legionowych koło Lublina. Wtedy właśnie się zaczynały. Ich hasłem przewodnim były słowa: „Bóg jest miłością”. W tym dniu po raz pierwszy usłyszałam słowa pieśni: „Tak mnie skrusz, tak mnie złam, tak wypal Panie, byś został tylko Ty, tylko Ty Panie”. Zanotowałam je. Po kilku godzinach dotarła do mnie tragiczna wiadomość – wspomina. – Cały czas czułam, że Bóg jest miłością, że wie, co robi, że kocha mnie i mojego syna. Nie pytałam dlaczego mi go zabrał, tylko się modliłam – dodaje.

    Dziś pani Jadwiga dużo czasu poświęca na czynny apostolat. Wspomina starszą panią, do której chodziła parę razy w tygodniu, aby wspólnie się pomodlić. Dzięki niej zaczęła też sięgać do książek i materiałów, aby móc odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zabrakło jej jednak przy niej, gdy trafiła do szpitala. – To było tylko kilka dni, a mnie zatrzymały obowiązki rodzinne – wspomina. Wtedy do jej domu zapukała znajoma starszej pani z prośbą, aby ją odwiedziła. – Zrozumiałam, że chodzi o modlitwę, że tego jej brakuje, bo przecież miała przy sobie rodzinę – mówi pani Jadwiga.

    W tym samym dniu odwiedziła też innych chorych. Ale przyznaje, że aby przekonać do siebie bliźnich, czasami potrzeba czasu. – Idziemy jako świadkowie, ludzie, którzy mówiąc o sprawach świeckich, podtrzymają chorego na duchu. Mówić o Bogu zaczynamy dopiero na którymś z kolei spotkaniu, bo nie zawsze jest to dobrze przyjmowane – tłumaczy.

    Zaświadczyć o Bogu

    Pani Jadwiga zdradza, że przynależność do Legionu zapoczątkowała bardziej dojrzały etap jej życia. – Zaczynam pełniej rozumieć, iż radość dzielona z innymi jest większa, a krzyż we wspólnocie lżejszy – dodaje. Członkostwo w ruchu poszerzyło też jej horyzonty myślowe. Zaczęła czytać o Eucharystii, różańcu, krzyżu, duszach w czyśćcu… – Ludzie mają różne problemy. A jeśli jest się świadkiem, to trzeba umieć odpowiedzieć na wszystkie pytania – tłumaczy.

    Legion nauczył też panią Jadwigę odwagi i otwarcia na drugiego człowieka. – Potrafię nawiązać kontakt z dzieckiem i ze staruszkiem, czyli wszędzie tam, gdzie trzeba zaświadczyć o Bogu. Wcześniej nie miałabym odwagi – mówi. Dziś nie boi się zwrócić uwagi, gdy młode dziewczyny palą papierosy, albo zaproponować komuś w podróży medalik. Ale często też sami ludzie zaczepiają i pytają o Legion, a – jak podkreśla pani Jadwiga – w ten sposób również nawiązują się kontakty.

    Zebrania legionistów odbywają się przez cały rok. – Nie mamy wakacji. Od pacierza też nas przecież nic nie zwalnia – wyjaśnia. Taka postawa jej zdaniem uczy systematyczności, a przynależność do ruchu uzależnia, w dobrym tego słowa znaczeniu. – Jak już ktoś poczuje charyzmat i wciągnie się w działalność Legionu, to potem nie potrafi tego porzucić. Po prostu czegoś mu brakuje – podsumowuje pani Jadwiga.

    http://www.opoka.org.pl

    Kategorie: ARTYKUŁY · KOŚCIÓŁ
    Otagowane: , , , , , , , ,